I
__________
-Gdzie jesteś? Pytam łagodnie wyczekując Harry'ego przez studiem. Spóźnia się już 10 minut, zawsze jest punktualny.
-Przepraszam, że nie zadzwoniłem. Mówi i nie brzmi jak zawsze. -Mam jeszcze trochę roboty, będę za godzinę.
-Maraton przebiegłeś? Pytam słysząc jego pulsacyjny oddech. -W porządku, spotkamy się w domu. Mówię i rozłączam się. Wtykam dłonie w kieszenie ramoneski i idę w kierunku naszej dzielnicy. Houston stało się nowym miejscem na ziemi. Czuję się poniekąd niezależnie. Rodzice zostali rodzicami, ale ja nie jestem już dzieckiem. Znamy się z Harrym od dwóch miesięcy. Oboje pracujemy na najwyższych obrotach i nie mamy nawet czasu na związek. Więc to co jest między nami stało się dla mnie obojętne. Spędzamy razem głównie wieczory i noce. Seks jest formą relaksu. To śmieszne, nie chciałam być jego ozdobą na służbowe wyjścia, ale to zaczęło mi się podobać. Zaliczyłam już prace, Japonię, broń, diamenty, Harry'ego w łóżku. Niby banał, ale straciłam głowę, dla wszystkich szczegółów jakie są związane ze Stylesem. Oboje zarabiamy, oboje sie rozwijamy. Harry jest moim menadżerem, ochroniarzem i kochankiem. Oczywiście dwie pierwsze role nie są w jakikolwiek sposób przez mnie uznawane, jednakże jest on uparty. Wieczór wydaje się być miły, nielicząc dzisiejszego beznadziejnego dnia spędzonego w studiu. Spędziłam tu dobre dziesięć godzin.
-Tak?
-Wezwałaś taksówkę?
-Nie?
-Dlaczego? Harry jak zwykle jest zbyt opiekuńczy.
-Uspokój się. Wywracam oczami i mam dość jego nieustającego próbowania kontrolowania mnie.
-Prosiłem Cię, żebyś wracała taksówkami gdy ja nie mogę po Ciebie przyjechać. Przyjmuje właśnie postawę prezesa i czuje się jak mój przełożony.
-Nikt mnie nie napadnie, nikt mnie nie zgwałci, rozumiesz?
-Wiem, tylko ja mogę sprawdzać głębokość twojej kobiecości. Pieprzony erotoman.
-Zapewniam Cię, że wszytko pozostaje bez zmian, więc nie musisz tego sprawdzać każdej nocy.
-Wiesz, że lubię byc pewny. Śmieje się. -Gdziekolwiek jesteś, masz teraz złapać taksówkę. Powraca oziębły i odpowiedzialny Harry.
-Zobaczę co da się z tym zrobić. Odpowiadam rozłączając się. Wezwanie taksówki byłoby największym głupstwem, do domu zostało mi jakieś 10 minut.
-Nie wezwałaś taksówki. Beszta mnie już od przekroczenia progu.
-Mi też miło Cię widzieć. Kładę talerz na stole i mam nadzieje, że spędzimy miło wieczór, nie zamierzam spędzać każdego wieczoru na przekomarzaniu się. Chcę się zrelaksować. -Zmęczony? Uśmiecham sie pogodnie, przyglądając mu się jak wchodzi do jadalni.
-Ładnie pachnie. Mówi kładąc czarną skórzaną teczkę na krześle. -Jestem wykończony.
-Zróbmy sobie długi weekend. Siadam na przeciw niemu, nie ukrywając mojego smętnego samopoczucia.
-Jak długi? Rozwiązuje lekko swój krawat, następnie rozpina pierwsze trzy guziczki koszuli i wie doskonale, że mnie rozprasza.
-Kilka dni. Spieram się na stole, tuz nad przygotowanym risotto.
-Jutro wieczorem mamy spotkanie z Brusem.
-Christianem Brusem? Patrzę na Harry'ego z lekkim niedowierzaniem, a co do licha łączy mojego loczka z tym poważnym biznesmenem?. -Robicie wspólnie interesy? Wkładam kolejną porcję ryżu do ust i utrzymuje kontakt wzrokowy z Harry'm.
-Można tak powiedzieć. Odpowiada niezbyt jasno. Nie lubię, gdy wymija odpowiedzi.
-O której to spotkanie i gdzie? Pytam. Na co ten reaguje rozbawioną miną.
-Właściwie, to na 18.
-A co Cię tak bawi? Tracę kamienna twarz i również się uśmiecham.
-Robi małe przyjęcie u siebie w domu. Oświadcza.
-mm z tego co kojarzę, on jest z Montany. Mówię niepewnie.
-Właśnie. Odpowiada i jego rozbawienie nadal gości na tej podłej twarzy. Podnosi kielich i upija łyk białego wina, pijąc wydaje mi się jeszcze bardziej pociągający. Że też nie mam tego dość, po dwóch miesiącach stałego kuszenia i seksu. Milknę i przestaje jeść patrząc na niego wymagająco.- Spokojnie. Odpiera widząc moje poruszenie, wyprostowuje się na krześle i odstawia kieliszek dolewając sobie więcej trunku. -Rozmawiałem z Jonathanem. Oznajmia.
-Sama bym to załatwiła. Odpyskowuję z niezadowoleniem.
-Nie wątpię. Mówi z wymownym gestem ręką.-To absurd, że się wściekasz. Dodaje zdejmując krawat.
-To absurd, że nic mi nie powiedziałeś. Stwierdzam twardo pozostają przy swoim zdaniu.
-Kochanie. Mówi oblizując lekko usta. Przerzuca sobie wyprostowany już krawat przez ramie i przygląda mi się tym pożądliwym spojrzeniem. -Złość piękności szkodzi, a nie chcemy żeby coś stało się z twoją śliczną buźką. -Chodź na kanapę. Mówi lekko skuwając głową, lekko przymrużone oczy są bardzo pociągającą cechą Styles'a, co chwilę zaciskane wargi nie należą do codziennych i wydają się być bardzo kuszące. Wie, że jestem na niego zdenerwowana. -Jak poszła sesja? Pyta wstając od stołu, podnosi butelkę z winem i zabiera mój kieliszek, nie czekając wędruje do salonu.
-Jestem na Ciebie zła. Mówię podnosząc się z miejsca.
-Wiem. Uśmiecha się. "tak jesteś zła, ale za mną idziesz" to jest to, co teraz myśli sobie mężczyzna z szerokimi barkami ukrytymi pod białą koszulą. -Jesteś marudna i zmęczona. Wyjaśnia zupełnie jakby był w moim ciele. -Wykąpałaś się jakąś dobrą godzinę temu, chodź odpoczniemy. Uśmiecha się ponownie przywołując mnie do siebie. Zna mnie doskonale i wie, ze marze o siedzeniu i nicnierobieniu. -Skąd wiesz tyle o Brusie? Pyta nalewając wina do mojego kieliszka po czym wręcza mi go.
-Żartujesz? Patrzę na niego z lekkim poirytowaniem. Opadam leniwie na kanapę.-Przejął Victoria Secret's, to jest gość.
-Wizyta u niego to dobra okazja. Uśmiecha się przekładając sobie moje nogi przez jego.
-Myślisz, że nie rozgryzłam twojego planu? Mrużę podle oczy popijając kolejny łyk wina. -Wymyśliłeś to, żeby po raz kolejny wkręcić mnie w coś korzystnego, a wszystko przez to, że masz wpływy. Wyrzucam z siebie wszystkie pretensje. Czasem czuję, że nie osiągnęłabym nic, gdyby nie jego pozycja.
-Czy kiedyś Ci przejdzie? Pyta lekko masując moją stopę. -Doskonale wiesz, że jeśli ma się okazje to trzeba z niej korzystać.
-Nie o to mi chodzi. Mówię poprawiając się. -Podaj mi poduszkę.
-Masz już dwie. Odpiera.
-Tobie jest ona niepotrzebna. Sprzeczam się.
-Zachowujesz się jak babcia. Uśmiecha się rzucając mnie poduszką w twarz. -Proszę.
-Wieśniak. Rzucam. Zaczynam się śmiać, kiedy Harry odrywa swoją dłoń od mojej stopy i przerywa silne ruchy masujące a w zamian delikatnie przejeżdża po skórze opuszkiem palca. -Przestań. Wyrywam mu lekko stopę, uderzając go tym samym w brodę. Moje oczy mało nie wyskoczą. Mam ochotę wybuchnąć śmiechem. -Przepraszam.
-Jesteś dziwna. Kręci głową uśmiechając się, gdy ponownie masując moją stopę. Przyglądam mu się i zauważam jak wiele w nim się zmieniło, a raczej jak wiele w nim odkryłam. Jest inny niż myślałam na początku. -Nadal myślisz, że jestem aroganckim dupkiem, prawda? Śmieje się lekko, z resztą jak zawsze gdy widzi mnie zamyśloną.
-Nie uważasz, że dużo się zmieniło? Wyrywam się z jakiegokolwiek odciętego świata.
-Nie. Skrzywia się nieco.
-Ana się odzywała? Zmieniam pośpiesznie temat.
-Dlaczego pytasz? Miesza się lekko.
-To złote dziecko. Przekomarzam się z nim przypominając mu to, jak była jego. -Ostatnio miała dużo problemów. Wspominam mu, lekko zasmucona, tym ile czasu jej poświęcił.
-Nie wiesz jak wygląda jej życie. Mówi przyglądając się mi uważnie. -Powinnaś zrozumieć, że wiele przeszła.
-To, że uprawialiście seks nie jest żadnymi przejściami. Mówię. To miłe, że w końcu potrafimy rozmawiać o takich rzeczach bez większych emocji.
-Do czego dążysz? Krzywi się lekko.
-Poświęciłeś jej dobry tydzień na wieczornych rozmowach.. -Czułam się pominięta, to nie było miłe.
-Zdaje sobie z tego sprawę, ale doskonale wiesz, że nie jesteśmy parą, nie zobowiązujesz mnie do niczego. Urzeczywistnia moje pretensje.
-A gdybym się nie pojawiła, nadal byś ją pieprzył? Pytam nie gryząc się w język. -Bylibyście razem? Nie unoszę się emocjami, jednak jest ich we mnie ogrom.
-Jest w ciąży. Mówi dolewając wina. Zamieram przez moment, widząc jego poważny wyraz twarzy i ton jakim to wymówił.
-Dolejesz mi jeszcze wina? Pytam wychylając się po swój kielich, czuję ogromną zaporę w gardle i jest mi ciężko myśleć cokolwiek. Przygląda mi się z nienagannym spokojem, gdy tak płynnym ruchem wlewa mi alkoholu do szkła. -Z tobą? Odchrząkuje lekko, nie potrafiąc się odnaleźć w jego pełnym pasji spojrzeniu. Wygląda na tak zrelaksowanego.
-Czekałem, aż o to zapytasz. Uśmiecha się lekko. A ja czuję ulgę, jednak nie jestem przekonana moich przeczuć. -Nie, nie zrobiłem jej dzieciaka. Obsypuje moją dłoń miłym pocałunkiem.-Wiem co to bezpieczny seks. Uśmiecha się kokietując mnie rozgrzanym spojrzeniem.
-Nie śmie wątpić. Upijam łyk wina, czuję jak powoli wpływa na prace mojego organizmu, staję się coraz bardziej zmęczona. -Jak to się stało? Pytam, przejęłam się, to jeszcze dziecko. To dziwne uczucie, martwić się o kogoś, o kim się nie ma pojęcia.
-Mam Ci wytłumaczyć? Śmieje się.
-Wiem jak robi się dzieci. Frustruję się jego żartem.
-Przespała się z jakimś gówniarzem, nie zabezpieczyli się, on nie chce z nią być, to strasznie pokręcone, długa historia. Stwierdza niechętnie. -Zmieńmy temat.
-Co zamierza z tym zrobić? Brnę, naprawdę się przejęłam, wiem jak to jest, bać się bycia matką. Przeżyłam to samo kilka lat temu. Na szczęście mnie się udało. -I dlaczego akurat kontaktowała się z tobą, przecież musi mieć kogoś bliższego...
-Potrzebuje pieniędzy. Wyjaśnia chłodno, lekko głaszcząc moją dłoń. -Chce usunąć ciąże.
-Nie dałeś jej tych pieniędzy, tak? Patrzy we mnie niemo, chyba nie jest lodową górą i zna granice tego, co można robić dzięki pieniądzom, a tego co jest okrucieństwem. -Harry?
-Powiedziałem, że się nad tym zastanowię, jutro mam do niej zadzwonić. Spuszcza wzrok. Jest mu ciężko? Milczę przez chwilę, bo widzę to jak jest mu przykro. Rozumiem.
-Chcesz jej dać te pieniądze? Uspokajam wszystko co się dzieje. Podtrzymuje ten melancholijny nastrój.
-Nie podjąłem jeszcze decyzji. Nadal w niego patrzę i czekam na odruch ludzkiego serca, jak bardzo zepsuty jesteś Styles? a jak dużo człowieka w tobie zostało? -Co powinienem zrobić? Unosi spojrzenie na mnie. Po raz pierwszy zapytał. Nie zrobił, nie podjął decyzji, tylko mnie zapytał. Więc oto kres jego samodzielności. Czerpałabym z tego ogromną radość, gdyby nie powaga sytuacji i jego bezradny wzrok. Milczę biorąc głęboki wdech. To skomplikowane. -To tylko powierzchownie wydaje się proste...
-To nielegalne. Przerywam mu.
-Wiem. Melodramatyczność powraca. -Nie żałuje pieniędzy, tylko nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.
-Poniekąd to odebranie życia. Patrzę na niego z gniewem. -To nie jest dobra decyzja.
-Ona ma 16 lat. Przypomina mi, jakbym o tym nie wiedziała.
-Co nie zmienia faktu, że to bezbronna istota.
-Skąd w tobie tyle dobra. Śmieje się lekko. -Chce jej pomóc. Wzrusza ramionami.
-To nie dawaj jej pieniędzy. Radzę.
-Nie rozumiesz jej. Lustrzane spojrzenie, jego spokój jest posągowy.
-A ty? -Ty ją rozumiesz?
-Wydaje mi się, że powinnaś iść już spać. Mówi niedbale podnosząc się z kanapy.
-Bo co? bo skończyły Ci sie argumenty? Bo wiesz, że mam racje? Rzucam poirytowana jego osobą. Niektóre rzeczy nigdy się w nim nie zmienią.
-Skończyłaś? Wygląda jak wygłodniały wilk, jego twarz odbija się światłem złości. Nachyla się, jesteśmy twarzą w twarz. Pozostaję spokojna, nie powinien czuć się tak swobodnie. -Jesteś jedyną kobietą, której nie rozumiem. Mówi niezadowolony, a jego oczy promienieją. Niekontrolowanie na mojej twarzy pojawia się lekki uśmiech. -I bardzo to lubię. Odwzajemnia uśmiech i cmoka mnie lekko w usta.
-Więc siadaj z powrotem. Pociągam go za koszulę tak że traci równowagę i tuż znad mnie opada na mnie, całym swoim ciężarem. -O boże. Wypuszczam ogrom powietrza z moich zduszonych płuc.
-Po raz setny. Śmieje się. -Nadal nie bierzesz pod uwagę tego, że mogę Ci w ten sposób zrobić krzywdę. Podnosi się na ramionach i wstaje. -Wezmę prysznic. Uśmiecha się zrzucając z ramion dawno rozpiętą już koszulę.
-Och Panie Styles. Śmieje się. -Striptiz?
-Nie obraziłbym się, gdybyś mi go kiedyś urządziła. Mówi wychodząc z salonu. Sięgam po jego telefon. To najbardziej kuszący przedmiot taki posiada. Nigdy się z nim nie rozstaje, często z kimś rozmawia, pisze. Nie jestem przekonana, że to Ana. To jak wiele moich zdjęć trzyma w tym gadżecie, uświadamia mnie, jak obsesyjny się staje. Przeglądam wszystko co możliwe w jego telefonie, nie ma tam nic nadzwyczajnego, oprócz miliona nieodebranych połączeń od naszej ciężarnej szesnastki. -Szukasz czegoś konkretnego? Uśmiecha się ciekawsko, czuję satysfakcje tego, że przyłapał mnie na sprawdzaniu go. Zabiera telefon z mojej dłoni. -Dałbym wszystko, żebyś zrozumiała, że nie pieprze nikogo innego, oprócz Ciebie. To miało być uspokojenie, mojej zazdrości? Zły dobór słów.
-Szybko Ci poszło. Schodzę na temat prysznica.
-Zawsze szybko biorę prysznic. Krzywi się jakby to było coś oczywistego. -No chyba, że biorę go z tobą.
-To było chamskie. Nie wytrzymuje.
-Nie było. Odwraca się w bok spierając sie łokciem na kanapie. I mam go całego w swej okazałości.
-Mówię, o pieprzeniu.
-Dobrze. Wygląda jak zbity pies. -Wobec tego, powiem Ci, że żadna z nich nie budziłaby się obok mnie rano.
-Jakie to romantyczne.
-Staram się. Mina profesjonalisty, cwaniaka.
-To był sarkazm. O ironio.
-Tak wiem. Śmieje się. -Za jak bardzo głupiego mnie masz? Rozpycha się, przechodząc na kolana, tym samym wciskając sie pomiędzy moje wyciągnięte wzdłuż kanapy nogi. -Hm? To zupełnie tam samo jakby, stał nade mną Leonardo Dicaprio, za czasów gdy był młody. -Mam ochotę na Ciebie, wiesz? Szepcze mi do ucha, zawsze przechodzą mnie dreszcze gdy to robi. -Ogromną ochotę. Wraca i ma twarz tuż przy mojej. Leże w bezruchu. To dziwne, że nie budzi to we mnie tak samo ogromnego strachu jak kiedyś.
-A ja jestem zmęczona. Całuje go lekko w policzek.
-Wymęczę Cię jeszcze trochę. Uśmiecha zgrywa się idealnie z jego intencjami, ma przesłodką minę, wiem że to działa na mnie jak magnes. -A później będziesz spała jak niemowlę.
-Harry, nie mam ochoty na seks. Mówię ciężko go obrzucając. -Przepraszam.
-Nie powiedziałem, że musi to być seks. Uśmiecha się ponownie, troskliwie gładząc moje włosy. -Powiedziałem, że mam na Ciebie ochotę. Mówi uważnie śledząc moje spojrzenie. -Że Cię jeszcze trochę wymęczę. Wzrusza niewinnie ramionami. -Ale nie powiedziałem, że chce seksu.
-To podejrzane. Śmieje sie łapiąc w dłonie, jego lekko szorstką twarz. -Powinieneś się ogolić.
-A ty powinnaś pamiętać, że nie grzebie się w cudzych rzeczach. Bipolarny Styles, witaj! Jego delikatność i słodkość zmienia się w coś, na wzór zagniewania. -Jeśli chcesz coś wiedzieć, to zapytaj.
-Nie chciałam Cię urazić. Mówię wysmykując się spod niego.
-Więc po jaką cholerę sprawdzasz mój telefon? Odwraca się w moją stronę, gdy ja chce już zniknąć za drzwiami sypialni. -Nie jesteś nikim, kto zobowiązuje mnie do spowiadania się. Puszczam klamkę drzwi i wracam, by stawic mu czoła ze wszystkim co mam mu do powiedzenia.
-Masz racje. Unoszę ramiona w goście poddania. -Nie jestem nikim, nie wiem co tutaj robię, ale najwyraźniej jestem idiotką. -Daje sobą sterować od 2 miesięcy, tkwię w Houston z twojej przyczyny. Łzy napływają mi do oczy, gdy widzę jak ze spokojem słucha tego, co mam mu do powiedzenia. -Bawisz sie mną, bawisz się kiedy tylko masz na to ochotę, tak naprawdę kim dla Ciebie jestem? koleżanką? panią do towarzystwa? -Nigdy nie byłam tak zależna od kogokolwiek jak jestem od Ciebie, a powodem jest, to że sam nie wiesz co jest między nami. Wyrzucam mu na wierzch to, co starał sie schować.
-Rozmawialiśmy o tym...
-Tak! rozmawialiśmy, że nie będziemy razem, więc będziemy kim?
-Proszę Cię, nie rób dramatów. Załamuje się lekko wstając z kanapy, idzie w moim kierunku i wiem, że chce mnie przytulic. Zawsze to robi i cały problem znika, a raczej zaczynam milczeć.
-Nie chce być kimś, z kim przebywasz, tylko dlatego, że jesteśmy zgrani w łóżku, nie wiesz jak to boli.
-Wiem. Przerywa mi niemiłym warkotem. -Proszę Cię. Zaciska mocno oczy. Osłupiałam. Co sprawiło mu tyle bólu?
-Harry. Piszcze niewiarygodnie cichym głosem, spierając dłoń na jego nagim ramieniu. -Ja..
-Nie chciałaś. Uśmiecha się przytakując. -Możemy do cholery położyć, się do tego łóżka. Wskazuje poddenerwowany na drzwi sypialni. -Przytulić się i udać, że jest dobrze?
-Moglibyśmy. Mówię rujnując jego żądze władzy jeszcze bardziej. -Wracam do Orleanu.
-Przepraszam, że nie zadzwoniłem. Mówi i nie brzmi jak zawsze. -Mam jeszcze trochę roboty, będę za godzinę.
-Maraton przebiegłeś? Pytam słysząc jego pulsacyjny oddech. -W porządku, spotkamy się w domu. Mówię i rozłączam się. Wtykam dłonie w kieszenie ramoneski i idę w kierunku naszej dzielnicy. Houston stało się nowym miejscem na ziemi. Czuję się poniekąd niezależnie. Rodzice zostali rodzicami, ale ja nie jestem już dzieckiem. Znamy się z Harrym od dwóch miesięcy. Oboje pracujemy na najwyższych obrotach i nie mamy nawet czasu na związek. Więc to co jest między nami stało się dla mnie obojętne. Spędzamy razem głównie wieczory i noce. Seks jest formą relaksu. To śmieszne, nie chciałam być jego ozdobą na służbowe wyjścia, ale to zaczęło mi się podobać. Zaliczyłam już prace, Japonię, broń, diamenty, Harry'ego w łóżku. Niby banał, ale straciłam głowę, dla wszystkich szczegółów jakie są związane ze Stylesem. Oboje zarabiamy, oboje sie rozwijamy. Harry jest moim menadżerem, ochroniarzem i kochankiem. Oczywiście dwie pierwsze role nie są w jakikolwiek sposób przez mnie uznawane, jednakże jest on uparty. Wieczór wydaje się być miły, nielicząc dzisiejszego beznadziejnego dnia spędzonego w studiu. Spędziłam tu dobre dziesięć godzin.
-Tak?
-Wezwałaś taksówkę?
-Nie?
-Dlaczego? Harry jak zwykle jest zbyt opiekuńczy.
-Uspokój się. Wywracam oczami i mam dość jego nieustającego próbowania kontrolowania mnie.
-Prosiłem Cię, żebyś wracała taksówkami gdy ja nie mogę po Ciebie przyjechać. Przyjmuje właśnie postawę prezesa i czuje się jak mój przełożony.
-Nikt mnie nie napadnie, nikt mnie nie zgwałci, rozumiesz?
-Wiem, tylko ja mogę sprawdzać głębokość twojej kobiecości. Pieprzony erotoman.
-Zapewniam Cię, że wszytko pozostaje bez zmian, więc nie musisz tego sprawdzać każdej nocy.
-Wiesz, że lubię byc pewny. Śmieje się. -Gdziekolwiek jesteś, masz teraz złapać taksówkę. Powraca oziębły i odpowiedzialny Harry.
-Zobaczę co da się z tym zrobić. Odpowiadam rozłączając się. Wezwanie taksówki byłoby największym głupstwem, do domu zostało mi jakieś 10 minut.
-Nie wezwałaś taksówki. Beszta mnie już od przekroczenia progu.
-Mi też miło Cię widzieć. Kładę talerz na stole i mam nadzieje, że spędzimy miło wieczór, nie zamierzam spędzać każdego wieczoru na przekomarzaniu się. Chcę się zrelaksować. -Zmęczony? Uśmiecham sie pogodnie, przyglądając mu się jak wchodzi do jadalni.
-Ładnie pachnie. Mówi kładąc czarną skórzaną teczkę na krześle. -Jestem wykończony.
-Zróbmy sobie długi weekend. Siadam na przeciw niemu, nie ukrywając mojego smętnego samopoczucia.
-Jak długi? Rozwiązuje lekko swój krawat, następnie rozpina pierwsze trzy guziczki koszuli i wie doskonale, że mnie rozprasza.
-Kilka dni. Spieram się na stole, tuz nad przygotowanym risotto.
-Jutro wieczorem mamy spotkanie z Brusem.
-Christianem Brusem? Patrzę na Harry'ego z lekkim niedowierzaniem, a co do licha łączy mojego loczka z tym poważnym biznesmenem?. -Robicie wspólnie interesy? Wkładam kolejną porcję ryżu do ust i utrzymuje kontakt wzrokowy z Harry'm.
-Można tak powiedzieć. Odpowiada niezbyt jasno. Nie lubię, gdy wymija odpowiedzi.
-O której to spotkanie i gdzie? Pytam. Na co ten reaguje rozbawioną miną.
-Właściwie, to na 18.
-A co Cię tak bawi? Tracę kamienna twarz i również się uśmiecham.
-Robi małe przyjęcie u siebie w domu. Oświadcza.
-mm z tego co kojarzę, on jest z Montany. Mówię niepewnie.
-Właśnie. Odpowiada i jego rozbawienie nadal gości na tej podłej twarzy. Podnosi kielich i upija łyk białego wina, pijąc wydaje mi się jeszcze bardziej pociągający. Że też nie mam tego dość, po dwóch miesiącach stałego kuszenia i seksu. Milknę i przestaje jeść patrząc na niego wymagająco.- Spokojnie. Odpiera widząc moje poruszenie, wyprostowuje się na krześle i odstawia kieliszek dolewając sobie więcej trunku. -Rozmawiałem z Jonathanem. Oznajmia.
-Sama bym to załatwiła. Odpyskowuję z niezadowoleniem.
-Nie wątpię. Mówi z wymownym gestem ręką.-To absurd, że się wściekasz. Dodaje zdejmując krawat.
-To absurd, że nic mi nie powiedziałeś. Stwierdzam twardo pozostają przy swoim zdaniu.
-Kochanie. Mówi oblizując lekko usta. Przerzuca sobie wyprostowany już krawat przez ramie i przygląda mi się tym pożądliwym spojrzeniem. -Złość piękności szkodzi, a nie chcemy żeby coś stało się z twoją śliczną buźką. -Chodź na kanapę. Mówi lekko skuwając głową, lekko przymrużone oczy są bardzo pociągającą cechą Styles'a, co chwilę zaciskane wargi nie należą do codziennych i wydają się być bardzo kuszące. Wie, że jestem na niego zdenerwowana. -Jak poszła sesja? Pyta wstając od stołu, podnosi butelkę z winem i zabiera mój kieliszek, nie czekając wędruje do salonu.
-Jestem na Ciebie zła. Mówię podnosząc się z miejsca.
-Wiem. Uśmiecha się. "tak jesteś zła, ale za mną idziesz" to jest to, co teraz myśli sobie mężczyzna z szerokimi barkami ukrytymi pod białą koszulą. -Jesteś marudna i zmęczona. Wyjaśnia zupełnie jakby był w moim ciele. -Wykąpałaś się jakąś dobrą godzinę temu, chodź odpoczniemy. Uśmiecha się ponownie przywołując mnie do siebie. Zna mnie doskonale i wie, ze marze o siedzeniu i nicnierobieniu. -Skąd wiesz tyle o Brusie? Pyta nalewając wina do mojego kieliszka po czym wręcza mi go.
-Żartujesz? Patrzę na niego z lekkim poirytowaniem. Opadam leniwie na kanapę.-Przejął Victoria Secret's, to jest gość.
-Wizyta u niego to dobra okazja. Uśmiecha się przekładając sobie moje nogi przez jego.
-Myślisz, że nie rozgryzłam twojego planu? Mrużę podle oczy popijając kolejny łyk wina. -Wymyśliłeś to, żeby po raz kolejny wkręcić mnie w coś korzystnego, a wszystko przez to, że masz wpływy. Wyrzucam z siebie wszystkie pretensje. Czasem czuję, że nie osiągnęłabym nic, gdyby nie jego pozycja.
-Czy kiedyś Ci przejdzie? Pyta lekko masując moją stopę. -Doskonale wiesz, że jeśli ma się okazje to trzeba z niej korzystać.
-Nie o to mi chodzi. Mówię poprawiając się. -Podaj mi poduszkę.
-Masz już dwie. Odpiera.
-Tobie jest ona niepotrzebna. Sprzeczam się.
-Zachowujesz się jak babcia. Uśmiecha się rzucając mnie poduszką w twarz. -Proszę.
-Wieśniak. Rzucam. Zaczynam się śmiać, kiedy Harry odrywa swoją dłoń od mojej stopy i przerywa silne ruchy masujące a w zamian delikatnie przejeżdża po skórze opuszkiem palca. -Przestań. Wyrywam mu lekko stopę, uderzając go tym samym w brodę. Moje oczy mało nie wyskoczą. Mam ochotę wybuchnąć śmiechem. -Przepraszam.
-Jesteś dziwna. Kręci głową uśmiechając się, gdy ponownie masując moją stopę. Przyglądam mu się i zauważam jak wiele w nim się zmieniło, a raczej jak wiele w nim odkryłam. Jest inny niż myślałam na początku. -Nadal myślisz, że jestem aroganckim dupkiem, prawda? Śmieje się lekko, z resztą jak zawsze gdy widzi mnie zamyśloną.
-Nie uważasz, że dużo się zmieniło? Wyrywam się z jakiegokolwiek odciętego świata.
-Nie. Skrzywia się nieco.
-Ana się odzywała? Zmieniam pośpiesznie temat.
-Dlaczego pytasz? Miesza się lekko.
-To złote dziecko. Przekomarzam się z nim przypominając mu to, jak była jego. -Ostatnio miała dużo problemów. Wspominam mu, lekko zasmucona, tym ile czasu jej poświęcił.
-Nie wiesz jak wygląda jej życie. Mówi przyglądając się mi uważnie. -Powinnaś zrozumieć, że wiele przeszła.
-To, że uprawialiście seks nie jest żadnymi przejściami. Mówię. To miłe, że w końcu potrafimy rozmawiać o takich rzeczach bez większych emocji.
-Do czego dążysz? Krzywi się lekko.
-Poświęciłeś jej dobry tydzień na wieczornych rozmowach.. -Czułam się pominięta, to nie było miłe.
-Zdaje sobie z tego sprawę, ale doskonale wiesz, że nie jesteśmy parą, nie zobowiązujesz mnie do niczego. Urzeczywistnia moje pretensje.
-A gdybym się nie pojawiła, nadal byś ją pieprzył? Pytam nie gryząc się w język. -Bylibyście razem? Nie unoszę się emocjami, jednak jest ich we mnie ogrom.
-Jest w ciąży. Mówi dolewając wina. Zamieram przez moment, widząc jego poważny wyraz twarzy i ton jakim to wymówił.
-Dolejesz mi jeszcze wina? Pytam wychylając się po swój kielich, czuję ogromną zaporę w gardle i jest mi ciężko myśleć cokolwiek. Przygląda mi się z nienagannym spokojem, gdy tak płynnym ruchem wlewa mi alkoholu do szkła. -Z tobą? Odchrząkuje lekko, nie potrafiąc się odnaleźć w jego pełnym pasji spojrzeniu. Wygląda na tak zrelaksowanego.
-Czekałem, aż o to zapytasz. Uśmiecha się lekko. A ja czuję ulgę, jednak nie jestem przekonana moich przeczuć. -Nie, nie zrobiłem jej dzieciaka. Obsypuje moją dłoń miłym pocałunkiem.-Wiem co to bezpieczny seks. Uśmiecha się kokietując mnie rozgrzanym spojrzeniem.
-Nie śmie wątpić. Upijam łyk wina, czuję jak powoli wpływa na prace mojego organizmu, staję się coraz bardziej zmęczona. -Jak to się stało? Pytam, przejęłam się, to jeszcze dziecko. To dziwne uczucie, martwić się o kogoś, o kim się nie ma pojęcia.
-Mam Ci wytłumaczyć? Śmieje się.
-Wiem jak robi się dzieci. Frustruję się jego żartem.
-Przespała się z jakimś gówniarzem, nie zabezpieczyli się, on nie chce z nią być, to strasznie pokręcone, długa historia. Stwierdza niechętnie. -Zmieńmy temat.
-Co zamierza z tym zrobić? Brnę, naprawdę się przejęłam, wiem jak to jest, bać się bycia matką. Przeżyłam to samo kilka lat temu. Na szczęście mnie się udało. -I dlaczego akurat kontaktowała się z tobą, przecież musi mieć kogoś bliższego...
-Potrzebuje pieniędzy. Wyjaśnia chłodno, lekko głaszcząc moją dłoń. -Chce usunąć ciąże.
-Nie dałeś jej tych pieniędzy, tak? Patrzy we mnie niemo, chyba nie jest lodową górą i zna granice tego, co można robić dzięki pieniądzom, a tego co jest okrucieństwem. -Harry?
-Powiedziałem, że się nad tym zastanowię, jutro mam do niej zadzwonić. Spuszcza wzrok. Jest mu ciężko? Milczę przez chwilę, bo widzę to jak jest mu przykro. Rozumiem.
-Chcesz jej dać te pieniądze? Uspokajam wszystko co się dzieje. Podtrzymuje ten melancholijny nastrój.
-Nie podjąłem jeszcze decyzji. Nadal w niego patrzę i czekam na odruch ludzkiego serca, jak bardzo zepsuty jesteś Styles? a jak dużo człowieka w tobie zostało? -Co powinienem zrobić? Unosi spojrzenie na mnie. Po raz pierwszy zapytał. Nie zrobił, nie podjął decyzji, tylko mnie zapytał. Więc oto kres jego samodzielności. Czerpałabym z tego ogromną radość, gdyby nie powaga sytuacji i jego bezradny wzrok. Milczę biorąc głęboki wdech. To skomplikowane. -To tylko powierzchownie wydaje się proste...
-To nielegalne. Przerywam mu.
-Wiem. Melodramatyczność powraca. -Nie żałuje pieniędzy, tylko nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.
-Poniekąd to odebranie życia. Patrzę na niego z gniewem. -To nie jest dobra decyzja.
-Ona ma 16 lat. Przypomina mi, jakbym o tym nie wiedziała.
-Co nie zmienia faktu, że to bezbronna istota.
-Skąd w tobie tyle dobra. Śmieje się lekko. -Chce jej pomóc. Wzrusza ramionami.
-To nie dawaj jej pieniędzy. Radzę.
-Nie rozumiesz jej. Lustrzane spojrzenie, jego spokój jest posągowy.
-A ty? -Ty ją rozumiesz?
-Wydaje mi się, że powinnaś iść już spać. Mówi niedbale podnosząc się z kanapy.
-Bo co? bo skończyły Ci sie argumenty? Bo wiesz, że mam racje? Rzucam poirytowana jego osobą. Niektóre rzeczy nigdy się w nim nie zmienią.
-Skończyłaś? Wygląda jak wygłodniały wilk, jego twarz odbija się światłem złości. Nachyla się, jesteśmy twarzą w twarz. Pozostaję spokojna, nie powinien czuć się tak swobodnie. -Jesteś jedyną kobietą, której nie rozumiem. Mówi niezadowolony, a jego oczy promienieją. Niekontrolowanie na mojej twarzy pojawia się lekki uśmiech. -I bardzo to lubię. Odwzajemnia uśmiech i cmoka mnie lekko w usta.
-Więc siadaj z powrotem. Pociągam go za koszulę tak że traci równowagę i tuż znad mnie opada na mnie, całym swoim ciężarem. -O boże. Wypuszczam ogrom powietrza z moich zduszonych płuc.
-Po raz setny. Śmieje się. -Nadal nie bierzesz pod uwagę tego, że mogę Ci w ten sposób zrobić krzywdę. Podnosi się na ramionach i wstaje. -Wezmę prysznic. Uśmiecha się zrzucając z ramion dawno rozpiętą już koszulę.
-Och Panie Styles. Śmieje się. -Striptiz?
-Nie obraziłbym się, gdybyś mi go kiedyś urządziła. Mówi wychodząc z salonu. Sięgam po jego telefon. To najbardziej kuszący przedmiot taki posiada. Nigdy się z nim nie rozstaje, często z kimś rozmawia, pisze. Nie jestem przekonana, że to Ana. To jak wiele moich zdjęć trzyma w tym gadżecie, uświadamia mnie, jak obsesyjny się staje. Przeglądam wszystko co możliwe w jego telefonie, nie ma tam nic nadzwyczajnego, oprócz miliona nieodebranych połączeń od naszej ciężarnej szesnastki. -Szukasz czegoś konkretnego? Uśmiecha się ciekawsko, czuję satysfakcje tego, że przyłapał mnie na sprawdzaniu go. Zabiera telefon z mojej dłoni. -Dałbym wszystko, żebyś zrozumiała, że nie pieprze nikogo innego, oprócz Ciebie. To miało być uspokojenie, mojej zazdrości? Zły dobór słów.
-Szybko Ci poszło. Schodzę na temat prysznica.
-Zawsze szybko biorę prysznic. Krzywi się jakby to było coś oczywistego. -No chyba, że biorę go z tobą.
-To było chamskie. Nie wytrzymuje.
-Nie było. Odwraca się w bok spierając sie łokciem na kanapie. I mam go całego w swej okazałości.
-Mówię, o pieprzeniu.
-Dobrze. Wygląda jak zbity pies. -Wobec tego, powiem Ci, że żadna z nich nie budziłaby się obok mnie rano.
-Jakie to romantyczne.
-Staram się. Mina profesjonalisty, cwaniaka.
-To był sarkazm. O ironio.
-Tak wiem. Śmieje się. -Za jak bardzo głupiego mnie masz? Rozpycha się, przechodząc na kolana, tym samym wciskając sie pomiędzy moje wyciągnięte wzdłuż kanapy nogi. -Hm? To zupełnie tam samo jakby, stał nade mną Leonardo Dicaprio, za czasów gdy był młody. -Mam ochotę na Ciebie, wiesz? Szepcze mi do ucha, zawsze przechodzą mnie dreszcze gdy to robi. -Ogromną ochotę. Wraca i ma twarz tuż przy mojej. Leże w bezruchu. To dziwne, że nie budzi to we mnie tak samo ogromnego strachu jak kiedyś.
-A ja jestem zmęczona. Całuje go lekko w policzek.
-Wymęczę Cię jeszcze trochę. Uśmiecha zgrywa się idealnie z jego intencjami, ma przesłodką minę, wiem że to działa na mnie jak magnes. -A później będziesz spała jak niemowlę.
-Harry, nie mam ochoty na seks. Mówię ciężko go obrzucając. -Przepraszam.
-Nie powiedziałem, że musi to być seks. Uśmiecha się ponownie, troskliwie gładząc moje włosy. -Powiedziałem, że mam na Ciebie ochotę. Mówi uważnie śledząc moje spojrzenie. -Że Cię jeszcze trochę wymęczę. Wzrusza niewinnie ramionami. -Ale nie powiedziałem, że chce seksu.
-To podejrzane. Śmieje sie łapiąc w dłonie, jego lekko szorstką twarz. -Powinieneś się ogolić.
-A ty powinnaś pamiętać, że nie grzebie się w cudzych rzeczach. Bipolarny Styles, witaj! Jego delikatność i słodkość zmienia się w coś, na wzór zagniewania. -Jeśli chcesz coś wiedzieć, to zapytaj.
-Nie chciałam Cię urazić. Mówię wysmykując się spod niego.
-Więc po jaką cholerę sprawdzasz mój telefon? Odwraca się w moją stronę, gdy ja chce już zniknąć za drzwiami sypialni. -Nie jesteś nikim, kto zobowiązuje mnie do spowiadania się. Puszczam klamkę drzwi i wracam, by stawic mu czoła ze wszystkim co mam mu do powiedzenia.
-Masz racje. Unoszę ramiona w goście poddania. -Nie jestem nikim, nie wiem co tutaj robię, ale najwyraźniej jestem idiotką. -Daje sobą sterować od 2 miesięcy, tkwię w Houston z twojej przyczyny. Łzy napływają mi do oczy, gdy widzę jak ze spokojem słucha tego, co mam mu do powiedzenia. -Bawisz sie mną, bawisz się kiedy tylko masz na to ochotę, tak naprawdę kim dla Ciebie jestem? koleżanką? panią do towarzystwa? -Nigdy nie byłam tak zależna od kogokolwiek jak jestem od Ciebie, a powodem jest, to że sam nie wiesz co jest między nami. Wyrzucam mu na wierzch to, co starał sie schować.
-Rozmawialiśmy o tym...
-Tak! rozmawialiśmy, że nie będziemy razem, więc będziemy kim?
-Proszę Cię, nie rób dramatów. Załamuje się lekko wstając z kanapy, idzie w moim kierunku i wiem, że chce mnie przytulic. Zawsze to robi i cały problem znika, a raczej zaczynam milczeć.
-Nie chce być kimś, z kim przebywasz, tylko dlatego, że jesteśmy zgrani w łóżku, nie wiesz jak to boli.
-Wiem. Przerywa mi niemiłym warkotem. -Proszę Cię. Zaciska mocno oczy. Osłupiałam. Co sprawiło mu tyle bólu?
-Harry. Piszcze niewiarygodnie cichym głosem, spierając dłoń na jego nagim ramieniu. -Ja..
-Nie chciałaś. Uśmiecha się przytakując. -Możemy do cholery położyć, się do tego łóżka. Wskazuje poddenerwowany na drzwi sypialni. -Przytulić się i udać, że jest dobrze?
-Moglibyśmy. Mówię rujnując jego żądze władzy jeszcze bardziej. -Wracam do Orleanu.