sobota, 24 sierpnia 2013

Rozdzial Pierwszy

 I

__________

Przeciągam krwisto czerwoną szminkę przez moje wargi po raz ostatni. Jest idealnie.
Naciągam cienką sukienkę na tyłek. Wcale nie czuje się w tym stroju komfortowo. Cienki materiał malej czarnej od Corey nie pozwala mi na większy ruch. Denerwuje sie jak cholera tym faktem. Patrząc w lusterko czuje się lekko jak kurwa. Ale jest seksownie.

Poprawiam każdy możliwy detal w moim wygladzie, a białego Mercedesa nie widać. Corey jest szczęściarą. Gdyby moi rodzice mieli chociaż polowe tego co ma jej ojciec. Jest moją najlepszą przyjaciółka, ale to rozpieszczona laska. Dziwie się temu jak daleko zaszła. Ona nie należy do pracowitych i inteligentnych osób. W sumie to nic wielkiego. Jej staruszek jest właścicielem firmy sieci telekomunikacyjnej. Ma wpływy, a ta rozkoszna blondynka pracuje w biurze ojca. Przerzucam ciężar ciała z nogi na noge. Dziewczyna ma już piętnaście minut spóźnienia. Razem jedziemy na jakiś biznesowy bankiet z firmy pana Moons. Tam własnie Corey ma być w zastępstwie za ojca. To uciążliwe zajęcie, jednak nie potrafiłam jej odmówić.

-Nareszcie jesteś. Buczę na dziewczynę wsiadając do białego CLA. Corey jest jedyna osoba, dzięki której mogę posmakować trochę luksusu.
-Mnie tez milo Cie widzieć Mad. Mowi z lekkim zażenowaniem. Wywracam oczami na to jak skraca moje imię. Mad brzmi jakoś dziwnie. Madison. To zdecydowanie brzmi lepiej. Odjeżdżamy, a białe auto bezszelestnie sunie po autostradzie stanowej.

-Jak długo musimy tam byc? Nie ukrywam mojego niezadowolenia. Wolałabym iść na imprezę do klubu, a nie chodzić ze sztucznym uśmiechem po wystawnej sali. Kierujemy się w stronę wejścia. Duży hotel. Marmury. Piaskowce. Wielkie błyszczące żyrandole. Kurde. Robi wrażenie. Kobiety w średnim wieku. Eleganckie długie sukienki. Tylko nieliczne, które mijamy są przed trzydziestka. I wyglądają bardziej przybliżenie do nas.

-Nie wiem, mamy się uśmiechać i witać z ludźmi, to wszystko. Słowa Corey nie wnoszą nic nowego do tego co juz wiem. -Wyprostuj się, uśmiechnij, na pewno poznasz kogoś ciekawego. Fakt, garbienie sie wychodzi mi najlepiej. Robie tak jak mi zalecono. Ta no pewno, poznam starego pryka po 40. Kogo ja tutaj ciekawego mogę spotkać? Same bogate szychy w podeszłym wieku.
-Panno Moons. Wita ja wysoki mezczyzna, ciemna karnacja i spoglada na mnie. Na jego twarzy maluje sie cos w stylu A kim jest ta osobka. -I panno...
-To Pani Allen, Madison Allen. To jak przedstawia mnie moja przyjaciółka nakłada mi koronę na głowę. Zabrzmialo to tak dumnie.
-W takim razie Panno Moons i Panno Allen, projekcja filmu zacznie sie za dziesiec minut, zapraszam na sale. Filmu? Koles mnie zaskoczył.
-Jakiego filmu? Szepcze szturchając Corey, tak aby nie przykuć uwagi mężczyzny, za którym podążamy.
-Oh to jakiś projekt kilku firm, nie wiem, po prostu udawaj ze cie to interesuje. Dokładnie tak jak powiedziała, będę udawać. Sala na pewno nie jest salą kinową. Stoi tu pełno krzeseł, ludzie rozsiadają się po poszczegolnych miejscach. Odnajdujemy karteczki z naszymi nazwiskami. Cóż, nie jesteśmy blisko siebie, co wprawia mnie w lekkie zakłopotanie i oburzenie. Zajmuje moje miejsce i zakładam nogę na nogę. Gromadzi się coraz więcej osób dookoła mnie. Światło na sali zostało wyłączone. Nie rozumiem tego "chyyy" w wydaniu niektórych osób. Można było się spodziewać, ze na sali zrobi się ciemno. Ktoś przeciska sie pomiedz ludźmi i wyraznie kieruje sie na wolne miejsce obok mnie. Wysoki mężczyzna potyka sie i lekko depcze mojego czarnego buta na wysokim obcasie. Odruchowo kładzie dłoń na moim kolenie. -Przepraszam najmocniej. Jego oczy znajdują sie na poziomie moich, gdy pochyla sie, aby nie zasłaniać ekranu. Uśmiecham się skromnie dając mu znać, że się nie gniewam. Mężczyzna siada na krześle obok. Tak jak się tego spodziewałam zanim jeszcze poturbował mi buta. Odsuwa plecy od oparcia i poprawia swoja ciemna marynarkę ciągnąc za jej wywinięcia z przodu. Przez ten ruch czuje jego perfumy. Całkiem przyjemny zapach. Otrząsam się uświadamiając sobie, ze za dużo uwagi skupiam na nieznajomym.

Zapadam sie lekko na krześle. To okropnie nudne. Wyciagam telefon z malej torebki i pisze sms do Corey.
   Do: Coreeeey.
   ___________________
   : W co ty mnie wpakowałaś, to totalna kicha.
 
-Musze Pani przyznać, ze nie potrafi Pani udawać zainteresowanej projektem. Mężczyzna, który ma w glosie ogromna tajemniczość rozgryza mnie totalnie. Chowam telefon pod torebkę, nie chcąc sie chwalić tym starym wynalazkiem prehistorii. -Spokojnie widziałem gorsze. Arogancki ton. Huh, widać że koleś ma wysoką samoocenę i nie krepuje się mówić. -Wydajesz sie  młoda, co wiec tutaj robisz? Jego kolejne zdanie nie pozwala mojemu poczuciu wartosci milczeć.
-Ciebie mogłabym zapytać o to samo. Pochylam się lekko w jego stronę nie chcąc mówić zbyt głośno. -I nie wydaje mi się, że przeszliśmy na ty. Próbuje dorównać jego mało miłemu sposobie mówienia.
-Podeptałem Ci buty od Louboutin, a ty sie uśmiechałeś, na sile próbujesz być niemiła? Jego wzrok wpatrzony jest w ekran a palcem delikatnie gładzi swoją dolna wargę. Dlaczego to robi?
-Sam równie nie jestes zainteresowany projetkem. Stwierdzam śmiało, wnioskuje to z tego, że ze mną rozmawia.
-Oboje nie jesteśmy, mogę Ci pokazać kolekcje znaczków jeśli pojedziemy do mnie. Bezposredni typ. Jego gadka była dla mnie żartem, który mnie nie urażał.
-Taki młody i ma kolekcje znaczków.
-Wydaje mi się, że dwadzieścia trzy lata to akurat na znaczki. Mówi dość łagodnie i brzmi to bardziej żartobliwie.
-Więc bardzo młody. Stwierdzam mówiąc pod nosem. Śmieję sie sama do siebie. -Co tutaj robisz? Pytam. Cóż jestem ciekawska. Zawsze byłam.
-To samo co ty. Spogląda na mnie mierząc mnie łagodnie wzrokiem. -Bogaci rodzice, firma, chcą się chwalić znajomym swoim potomkiem.
-To raczej nie to samo. Odchrząkam niepewnie.
-Coś w tobie jest nie tak. Stwierdza niepewnie, co słychać w sposobie mowy.-Masz całkiem seksowne i drogie buty, twoja obcisła sukienka też nie była tania a jednak nie masz iPhona. To jak mnie uważnie obejrzał lekko mnie zakłopotało. Przygryzam nerwowo wnętrze policzka.

-Może po prostu nie każdy ma szczęście do bogatej rodziny? Patrze na niego pełnym podziwu spojrzeniem. Kolejny dupek z bogatej rodziny? Na to wygląda.
-Ale każdy może znaleźć sobie kogoś z kasą. Mówi o ton niżej i brzmi tak ciekawie. Sugeruje mi coś? Milcze nie widząc sensownych slów aby ciągnać tą rozmowę. Chwilowa cisza nie może trwać wiecznie.-Sama wydajesz się taką osobą. Pieprzony dupek. Wyzywam go podświadomie.
-Najwyraźniej masz zły punkt widzenia. Staram sie nie pokazać mojego oburzenia.

-Czyli jednak nie bogaty fagas? Krztuszę sie własną sliną. Jak można być tak bezpośrednio chamskim?
-Nie. Buczę stanowczo. -Jestem tu z przyjaciółka. Tłumaczę się  prędko, zupełnie bez powodu.

-Nie powinnaś się tłumaczyć, nie wiesz nawet jak mam na imię. Oznajmia dość trafnie, gdy oboje wstajemy powoli wychodząc z sali, tak samo jak reszta gości. -Które z nazwisk tutaj nosi twoja przyjaciółka? Mówi lekko przejeżdżając palcem po moim ramieniu.
-Moons. Rzucam niezbyt zaciekawiona dalszą rozmową z wysokim brunetem. Wydaje sie być zbyt pewnym siebie gówniarzem.
-Więc. Ciągnie słowo delikatnym tonem. -Wydaje mi się, że Panna Moons ma już świetne towarzystwo. Wskazuje dyskretnie palcem na Corey, która jest adorowana przez dwóch starszych biznesmenów. Czuje się pokrępowana. Wygląda na to, że moja obecność jest tu raczej zbędna. Nadal idę przed siebie mijając kilka osób. Uśmiecham się naturalnie, tak jak radziła mi moja przyjaciółka. Po raz setny poprawiam sukienkę kierując się w stronę wyjścia.

-To może skoczymy na drinka do klubu? To, że mój poprzedni rozmówca znajduje się obok mnie jest zadziwiające. Nie patrze na niego. Tak jak wcześniej opiera się to tylko na mówieniu.-Wydaje mi się, że to bardziej nasze klimaty. Mówi z uwagą skupioną na profilu mojej twarzy.
-Jeden drink?
-Skoro masz tak słabą głowę. Uśmiecha się znacznie. -Jeden drink. Potwierdza to wymownym tonem.
-Nie mam czym wrócić do domu.... Sama nie wiem dlaczego to mówię. Moja podświadomość chce spędzić z nieznajomym więcej czasu.
-O to się nie martw. Mówi dość oschle, tak jak przez większość czasu gdy rozmawiamy. Brunet stawia kroki w kierunku parkingu, a ja niepewnie ruszam za nim. -Przyjechałyście mercedesem cla? Pyta, chociaż nie jestem przekonana, czy to jest odpowiednia forma pytania.
-Tak. Mruczę cienkim głosem. Po plecach przelatuje mi chłód a za razem strach. Skąd to wie? Zatrzymujemy sie, przy dużym ciemnym aucie. Nie wygląda na tanie, z resztą jak wszystkie samochody na tym parkingu. Chłopak otwiera mi drzwi przed nosem. Przemierzam wzrokiem detale auta. Chłopak zdecydowanie nie zapracował na niego własnymi rękoma.
-Bmw x6. Mówi z lekkim rozbawieniem. Pierwszy raz spoglądam na jego twarz i spotykam jego oczy. Wyglądają na rozbawione. -Wsiadasz? Pyta. Ponawiając machnięcie ręką. Siadam na zimny skórzany fotel. Właściciel zielonych oczu zatrzaskuje drzwi i karci głową z rozbawieniem. Rozglądam się po wnętrzu auta. Tyle rożnych przycisków. Auto musi mieć dużo funkcji, o których ja nawet nie mam pojęcia. Napotykam wzrokiem fioletową świecącą paczkę. Czuje zażenowanie, gdy uświadamiam sobie, że koleś wozi w aucie prezerwatywę. I wcale nie upycha jej nigdzie, aby była mniej zauważalna. Kierowca tego jakże onieśmielającego auta wsiada na swoje miejsce. Układa się wygodnie w fotelu. A ja nadal wgapiam się w paczkę z gumką. Co ty robisz! Otrząsam się odwracając wzrok. Ponownie spotykam jego żarliwe spojrzenie. Patrzy się we mnie. Nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Oprócz ciekawego poczucia humoru. Sięga ręka owe opakowanie, które nie daje spokoju mojej świadomości. Czuje się lekko zawstydzona. Wkłada ją w wewnętrzną kieszeń swojej marynarki. Odwraca wzrok i uśmiecha się dość nonszalancko. Wręcz jest rozbawiony.

-Więc sukienka i buty pożyczone? Jest bardzo śmiały. Dlaczego interesują go takie rzeczy?
-Raczej. Wcale nie jestem zadowolona z tego faktu.
-Byłaś jedyna kobietą tam, która nie miała przy boku bogatego faceta. Nie rozumiem. Zastanawiam się nad jego spostrzeżeniami. Jest strasznie tajemniczy. -To dobrze. Milczę. Dlaczego właściwie dałam się zaprosić na tego drinka. Siła tego jak bardzo nieswojo czułam się w tym uroczystym lokalu.


-Jak masz na imię? Przygląda mi się bacznie popijając łyk drogiego whisky. Po raz pierwszy rozmawiamy bezpośrednio zwróceni do siebie. Ma hipnotyzujące spojrzenie. Jednak nie wydaje się być ponad przeciętnym.
-Madison.
-Ładnie. Mówi z głosem pełnym powagi. Przyglądam sie jego sylwetce i oczekuje, że powie mi swoje imię.
-A ty? Nie nalezę do cierpliwych.
-Za dużo chciałabyś wiedzieć Mad. Stwierdza lekko rozbawiony.
-Madison. Poprawiam go nerwowo.
-Tak właśnie powiedziałem. Odpowiada. Mam wrażenie że w jego oczach tańczą iskierki, arogancja?
-Powiedziałeś Mad. Czuję lekki zażenowanie, wywracam oczami patrząc się na szklankę z moim drinkiem, a właściwie jego końcówką.
-Robi się późno. Patrzy na mnie tym samym chłodnym wzrokiem. Upija ostatni łyk alkoholu. Podnosi się z miejsca  poprawia ciemną marynarkę.
-Wypiłeś, będziesz prowadzić? Pytam nie czując się pewnie z faktem, że prawdopodobnie nie mam czym wrócić do domu.
-Ktoś musi podrzucić pewną interesującą kobietę do domu, więc? Wyjmuje dłoń w moją stronę, waham sie jednak podaje mu moją. Pasują idealnie. Co ty pleciesz! Ciągnie mnie za sobą przez cały lokal. Znajdujemy się ponownie przed lokalem na niewielkim parkingu. Drzwi ciemnego, dużego auta zostają otwarte przed moim nosem, przez bruneta o ciemno zielonych oczach. Hipnotyzują.
-Jesteś pewny, wypiłeś, nie jestem pewno czy to zgodne z przep..
-Kto bogatemu zabroni? Pyta w pełni rozbawiony. Nie podzielam jego humorystycznego podejścia do tej sprawy. Stoję nadal patrząc w niego. Wyraźnie nie radzę sobie z nutą strachu, która sparaliżowała mi ciało.
-Chyba, że się boisz? Zamyka drzwi i opiera się o auto wciskając dlonie do kieszeni szarych jeansów. -Madison?
-Nie chodzi o to. Mówię z emitującym niezadowoleniem.

-W takim razie idziemy pieszo. Oznajmia twardo. Jego ręka sprawnie i bez wahania wślizguje się na dół moich pleców. Mam wrażenie, że na mojej twarzy pojawiają się czerwone wypieki. -Jak daleko mieszkasz?
-Baronne Street. Tym razem to ja jestem lekko rozbawiona.
-To żart prawda? Pyta śmiejąc się pod nosem.
-Nie.
-To kawał drogi.
-Po prostu wezmę taksówkę, nie musisz iść. Mówię to w sposób lekko zwiedzony, podoba mi sie jego towarzystwo.
-A jeśli chce? Pyta mrożąc oczy. Wzruszam ramionami wlepiając oczy w nasze stopy, które powoli przemierzają płyty chodnikowe. -Noc jest długa, możemy iść. Oświadcza a mój żołądek robi fikołka.

-Jesteś bardzo cicha. Zaciska lekko palce na moim boku przyciągając mnie bliżej do siebie. Facet, którego imienia nie znam odprowadza mnie do domu w środku nocy. Na dodatek jest nieukrycie śmiały. Uśmiecham się nie wiedząc jak zareagować. -To dobrze. Mówi ponętnym tonem. Jest tak cholernie tajemniczy.
-A ty tajemniczy. Palnęłam bez namysłu. Znowu się śmieje pod nosem.
-Dlaczego? Znowu patrzy we mnie, a ja nie jestem w stanie powstrzymać moich odczuć. Każde jego pytanie mnie krępuje. To chyba gorsze niż rozmowa o prace.
-Nic o tobie nie wiem.
-Nie jestem interesujący. Oświadcza. -Jestem zepsutym dzieciakiem, rodzice rozpieszczali mnie od małego, mam wszystko co chce, czeka na mnie firma w spadku, więc nigdy się niczym nie przejmowałem ani angażowałem.
-Nieźle. Nie słyszałam jeszcze nigdy, aby ktokolwiek był w stanie powiedzieć o sobie w taki sposób.
-A ty?
-Ja? Pytam nie wiedząc co powiedzieć.
-Czym się zajmujesz? Pyta lekko rozbawiony tym, że boje się cokolwiek powiedzieć.
-Niedawno skończyłam szkołę. Wzruszam ramionami, robi mi się trochę przykro. -A teraz szukam jakiejś pracy.
-Potrzebujesz pracy, teraz jest czas na imprezy i znajomych.
-Chce się wyrwać od rodziców. Po raz kolejny uderza mnie w twarz rzeczywistość. W jego towarzystwie czuję się jak jakaś bezdomna. Jakby ledwo starczyło mi na chleb.

-Gdzie idziemy? Pytam zakłopotana. Nie mam pojęcia gdzie jestem.
-Do mnie. Mówi jakby to było coś oczywistego. Do niego? Po co? Przeszły mnie niemiłe dreszcze.-Spokojnie nie jestem jakimś zboczeńcem. Mówi rozbawiony widząc moje zakłopotanie. Nie odpowiadam tylko po raz setny się czerwienie jak burak. Docieramy przed średniej wielkości dom. Duże okna, dwa piętra. Nowoczesna architektura. Imponujące. Chłopak wygrzebuje kluczyk z kieszeni spodni. Duże ciemne drzwi stają przede mną otworem a ja boje postawić krok w przód.

-Mieszkasz sam?
-Tak. To że się śmieje, to dziwne.
-Dlaczego się śmiejesz? Idę pewniej za nim przez piaskową posadzkę. Przechodzimy przez salon. Na pewno to salon. Duża jasna kanapa, plazma. Wnętrze jest lekko surowe, aczkolwiek bardzo nowoczesne. Nie pasuje to jednak do tego jak chłopak wygląda.
-Bo zadajesz głupie pytania. Wstrząsa ramionami. Wyjmuje z szafki dwie spore szklanki i nalewa do nich sok. Opiera się o blat obserwując mnie uważnie.
-Twierdzisz, że jestem głupia? Jestem lekko oburzona. Ponownie patrzę jak kpi, a w jego oczach jest śmiertelna powaga.
-Nie zabieram głupich lasek do domu. Upija łyk soku.
-Chyba już pójdę. Jest mi przykro. Za kogo mnie uznał? Odstawiam szklankę z pomarańczową cieczą i kieruję się w stronę wyjścia.
-Poczekaj. Słyszę jak jego zamszowe pantofle stukają po podłodze za mną. Uderza we mnie fala strachu. Łapię za klamkę drzwi i czuję się jak w klatce, gdy te są zamknięte. Chłopak zatrzymuje się tuz za mną i wyraźnie śmieje się, gdy siłowo staram się otworzyć drzwi. -Wiesz, że sa zamknięte prawda? Zastanawiam się, czy uważa mnie aż za tak głupią?
-Mógłbyś je otworzyć?
-Jeśli poczekasz pięć minut odwiozę Cię do domu. Mówi i brzmi dośc łagodnie.
-A jeśli nie chce? Staram się udać niezależną, chce pokazać że sama sobie doskonale poradzę.
-Wtedy ja nie otworze drzwi, a ty będziesz tu spać. Wyjaśnia to w sposób dość denerwujący. Czy każdy facet na tej ziemi jest taki? Ktoś mi wyjaśni dlaczego stercze w domu jakiegoś przystojniaka, który mam wrażenie że czerpie frajdę z robienia ze mną co chce? Odszedł jak gdyby nigdy nic.

-Możemy jechać. Taka metamorfoza w zaledwie dziesięć minut? Przedtem jego włosy były postawione dość wysoko, teraz kilka loków wystaje spod cienkiej czapki. Opięty t-shirt i bluza. Teraz wygląda jak przeciętniak. Całkiem przystojny przeciętniak. Wpatruje się jak w obrazek. -Wychodzimy czy będziesz pożerać mnie wzrokiem całą noc? Czerwienie sie, moje policzki aż pieką. Jest mi tak głupio, że zauważył mój wzrok na jego posturze. Wychodzimy z domu a ja zastanawiam się, jak on chce mnie odwieźć do domu. Przecież auto zostało na parkingu. -Nie myśl tyle, mam jeszcze jedno auto. Zaskakujący facet.
-Skąd wiedziałeś?
-że? Patrzy na mnie i stoimy przed otwierającym się garażem.
-Że myślę o samochodzie. Mówię i czuje się osaczona przez jego wzrok.
-Łatwo Cię przejrzeć, jesteś tylko kobietą nie trudno zgadnąć o czym myślisz w danym momencie.
-Tylko kobietą. Powtarzam jego słowa. Czuję się lekko zawiedziona. To trochę przykre, że uznał mnie za tylko kobietę. Odnosiłam wrażenie, że w jego oczach byłam czymś bardziej interesującym. Słyszę jak wydaje z siebie cichy dźwięk śmiejąc się. Światło w garażu zapala się a moim oczom ukazuję się pomarańczowy volkswagen. Bardzo piorunuje swoim kolorem. Ponownie wpadam w mój nawyk przyglądania się.
-Volkswagen Scirocco 2.0 TFSI. Znowu wiedział? - 200 koni mechanicznych, 7 sekund do setki, maksymalnie 240.
-Po co mi te wszystkie informacje?
-Lubię się chwalić, a ty lubisz dużo wiedzieć. Otwiera drzwi, jednak tym razem nie jest typowym dżentelmenem i drzwi od mojej strony sama muszę sobie otworzyć. -Spokojnie w Nowym Orleanie są duże ograniczenia prędkości, nie będziesz się bała. Puszcza mi oczko. Zawstydza mnie każdym gestem, opuszczam twarz i wsiadam do środka. To auto jest zdecydowanie bardziej w moim stylu. Mam wrażenie, że oczy mi błyszczały na widok tego koloru.
-Drogie?
-Nie sądziłem, że lecisz na kasę. Cwaniacki uśmiech. Jest zupełnie cichy, droga przed nami wydaje się taka duża. Robię mine wyraźnie pokazując, że nie mam ochoty na tego typu żarty. -95 tysięcy. Przygląda mi się przez moment, chyba chciał widzieć moja relację. Zrobiłam duże oczy a usta wypowiedziały nieme "wow".  W głośnikach auta rozbrzmiewa Ellie Goulding- Burn. Spory bas przechodzi przez moje ciało, jest jak dreszcz. -Nie złość się. Spokojny ton i słodki uśmiech. Więc ma ich kilka rożnych- uśmiechów.
-Wcale się nie złoszczę.
-Więc dlaczego nie rozmawiamy?
-Po prostu. Dociska mnie lekko w fotel, gdy auto wyraźnie przyśpiesza. Chce mnie przestraszyć? Dupek. -Dlaczego nie powiedziałeś mi jak masz na imię ?
-Czy to ważne?
-Chciałabym znać imię osoby, z która spędzam już kolejna godzinę.
-W takim razie pozostanę anonimowy nadal. Ponownie puszcza mi oczko. Rozprasza mnie specjalnie.
-Niezupełnie. Uśmiecham się zwycięsko.
-Hmm?
-Wiem gdzie mieszkasz, wiem czym jeździsz.
-Więc możesz mnie odwiedzić jeszcze kiedyś, a wtedy ponownie zobaczysz auto. Mówi i teraz to on czuje się na wygranej pozycji. Nie odzywam się już więcej. Auto zatrzymuje się na Baronne St, ulica nie jest duża, więc obojętnie gdzie się zatrzyma mam blisko do domu. Łapię za klamkę i pociągam ją otwierając drzwi. Czuję jak łapie mnie za dłoń i pociąga w swoją stronę. Jego usta stykają się z moimi. Przez chwilę czuję lekka ekscytację, jednak po chwili odrywam się od jego warg.
-Co to miało być? Pytam i staram się nie pokazać tego, ze jestem pozytywnie zaskoczona.
-Łamanie zasad. Patrzy we mnie, nie wiem zupełnie co ma na myśli. -Nie całuj na pierwszej randce. Uśmiecha się znacznie. Odwzajemniam jego uśmiech i wysiadam z auta. Zatrzaskuję za sobą drzwi i pukam w szybę. Chłopak pochyla się lekko a szyba odsuwa się.
-To nie była randka. Mówię pełna podziwu, nadal nie potrafię uznać pocałunku za nic takiego. Odchodzę od auta i idę chodnikiem w stronę mojego domu. Słyszę jak auto powoli rusza i jedzie tuż za mną. Mam na twarzy zadowolony uśmiech. Auto sunie tuż obok krawężnika, szyba nadal jest odsunięta. Nie patrzę jednak w jego stronę. Chce pokazać że wcale nie zależy mi na jego uwadze.
-Ta sukienka jest strasznie seksowna Madison. Jego głos podchodzi pod lekkie mruczenie. -Harry. Rzuca rozweselony, a auto raptownie przyśpiesza znikając spod chodnika. Faceci.  Harry. Powtarzam z uznaniem.