niedziela, 5 stycznia 2014

III

__________


-Wygląda na to, że wracamy do domu z nowym sprzętem. Harry nie wygląda zbyt entuzjastycznie, kiedy pielęgniarka odwozi go z badań na sale, na wózku inwalidzkim. W czasie, gdy lekarze zajęli się Styles'em, ja zdążyłam wrócić do mieszkania i przyjechać ponownie autem. 
-Volkswagen został zaholowany, policja ewentualnie poda Ci więcej szczegółów. Utrzymuję nadal bardziej formalną rozmowę. Atmosfera pomimo wszystko została trochę sztywna. Harry jest przejęty wszystkim tylko nie sobą. 
-Wiemy coś jeszcze o Anie? Pyta podjeżdżając wózkiem do łóżka, gdzie leża ubrania. Powoli podnosi się z wózka i podnosi bluzę, którą mu przywiozłam. Rusza się jak robot. To śmieszne, a za razem przykre. -Pomożesz? Krzywi się z bule podając mi bluzę. Rozchylam ją i zakładam mu na ramiona.
-Myślę, że tak będzie ok.  Uśmiecham się troskliwie pocierając jego barki. -Musisz im dać czas. Mówię nadal stojąc za jego plecami. Harry patrzy przed siebie, w jeden z martwych punktów za oknem. -To dla nich też trudne. Mi również jest przykro. -Teraz musisz odpocząć. 
-Mieliśmy zrobić sobie długi weekend. Mówi wolnym ruchem odwracając się w moją stronę. -Odpocząć.
-Jeszcze zdążymy. Chciałabym go przytulić, jednak nie jest to takie proste, kiedy wiem, że go to zaboli. -Teraz musimy poczekać, aż wszystko wróci do normy. Poprawiam jego bluzę naciągając ja w swoja stronę. Ma takie smutne oczy. Uśmiecha się lekko, ale uśmiechają się tylko jego usta. -Siadaj. Kiwam głową na wózek. -Książę. Droczę się z nim lekko. 
-Chyba jednak się przejdę. Uśmiech się. -Nie jestem jeszcze kaleką. 
-Nie wątpię. Zabieram wszystkie zgromadzone rzeczy z szafki i idę za wlekącym się Harry'm. Ponownie milkniemy w drodze do windy. Czuję się trochę jak jego matka. Mam wrażenie, ze umknęło mi wiele szczegółów przez cały czas spędzony z Harry'm. Nigdy nie czułam się za niego odpowiedzialna, tak jak czuję się teraz. Ale na tym podobno polega przyjaźń. Branie odpowiedzialności za drugą osobę. Więc najwyraźniej jesteśmy "przyjaciółmi".
-Ładna pogoda. Stwierdza z kamienną twarzą, gdy znajdujemy się przez szpitalem. Stara się grać twardego, ale wiem, że wcale nie czuję się najlepiej. Idę pośpiesznie w stronę auta otwierając je. Zatrzymują się przy drzwiach pasażera i czekam na wolno idącego Styles'a. Podchodzi do mnie i zabiera kluczyk z moich dłoni i bez słowa przechodzi za autem, aby usiąść za kierownice.
-Co ty robisz?
-No nie wiem. Irytuje się. -Wracam do domu?
-Wiesz wystarczy nam jeden wypadek w ciągu tygodnia. Zachodzę mu drogę i wsiadam na fotel kierowy.
-Nie wygłupiaj sie. Denerwuje się.
-Ty się nie wygłupiaj, ja będę kierować.
-Nie mam ochoty się kłócić. Mówi poprawiając rozczochrane włosy.
-Ja też nie, wiec siadaj z drugiej strony.

-Jeździsz jak baba. Stwierdza, gdy ja staram się nie wykraczać poza przepisy panujące na drogach.
-Zamknij się. Zaczyna mnie irytować, to że nie czuję się najlepiej fizycznie i zalazło mu za skórę, to że Ana sie zabiła nie oznacza, że może być aroganckim dupkiem. -Nie ja miała wypadek. Przypominam mu.
-Będziesz mi to teraz wypominać, do końca życia?
-Nie. -Spokojnie, tylko do czasu aż będziesz w pełni sprawny, później nie będziesz musiał mnie słuchać ani tolerować. Wjeżdżam na podjazd pod bliźniakiem, w którym mieszkamy. Tym razem nie witają nas wiecznie zdenerwowani sąsiedzi. Zawsze mieli o coś pretensje. Wysiadam z auta nie szczędząc siły na zatrzaśnięcie drzwi. Po raz pierwszy Harry milczy w takiej sytuacji. Podchodzę do drzwi od jego strony, chcąc mu pomóc.
-Poradzę sobie. Buczy pod nosem. Skoro tak mamy grać, to proszę bardzo, wspaniale będzie traktować Ciebie tak, jak ty traktujesz mnie. Odchodzę i bez zastanowienia wchodzę do domu. Rzucam kluczę na stolik do kawy w salonie, by wejść do kuchni. Lodówka powoli zaczyna świecić pustkami. Odnajduję portfel z pieniędzmi. Wrzucam go do czarnej torebki, którą dostałam od Harry'ego. Postarał się, Prada jest piękna i elegancka. Zabieram kluczyki ze stolika, zupełnie niepotrzebnie je tam rzuciłam.
-Jadę zrobić zakupy, chcesz coś? Mijamy się w przedpokoju.
-Poczekaj, dam Ci pieniądze. Z obolałym wyrazem twarzy próbuje zdjąć buty.
-Nie trzeba. Mówię. Przykucam chowając honor do kieszeni i uwalniam jego nogi z brązowych, zamszowych pantofli. -Będę za godzinkę. Podnoszę się i widzę nieco wdzięczny wyraz twarzy, jednak jest gdzieś pod grubą kurtyną przybicia. -Przepraszam. Okazuję cień skruchy nawiązując do rozmowy w aucie. Nie potrafię być nim. Chłopak cmoka mnie w usta, zupełnie jak dziecko w podstawówce. Uśmiecham się i wychodzę z domu. Chyba potrzebuję więcej czasu , żeby tak naprawdę przyzwyczaić się do jego ciętego języka i sytuacji pomiędzy nami. Bo nieprędko się to zmieni.

-Pomóc Ci? Wchodzę z niemałym hałasem do mieszkania, wyglądam jak tragarz.
-Nie trzeba. Nabieram tchu idąc dalej, kuchnia wydaje się być tak daleko, gdy niesie się ciężkie torby.  Spoglądam uśmiechając się do Harry'ego, siedzi sztywno na kanapie. -To nie najlepszy pomysł. Wyrywam mu z ręki szklankę z whisky. Przechodzę do kuchni i z odetchnięciem odkładam reklamówki. -Co chcesz na śniadanie?
-Chciałem się napić. Rzuca z pretensjami.
-Proszę. Wchodzę z powrotem do salonu i wręczam mu butelkę z jogurtem.
-Czy ja mam pięć lat?
-Nie, co nie oznacza, że nie możesz napić się jogurtu. Wzruszam ramionami i wychodzę, jestem potwornie głodna. -To co zjesz? Wypakowuje produkty z toreb i zastanawiam się, na co ja mam ochotę.
-Nie jestem głodny.
-Proszę Cię, nie zachowuj się jak dziecko. Besztam go. -Zdaje sobie sprawę z tego, że jest Ci ciężko. Patrzę na niego opierając się o ścianę pomiędzy kuchnią a salonem. -Ale jestem przekonana, że jesteś głodny.
-Daj sobie spokój. Zero entuzjazmu. Melancholijny nastrój Harry'ego staję się dla mnie przytłaczający.
-Nie chce jeść sama. Wydumam dolną wargę i robię duże oczy, przykucając przez siedzącym Harrym, spieram się na jego kolanach i przyglądam mu się. Wiem, że ta mina zawsze go śmieszy. Tym razem zyskuję tylko lekki uśmieszek. -Będzie mi przykro, że nie zjesz ze mną.
-Jaja z bekonem i dobry sok. Mówi prawie jak do kelnerki w restauracji. Z satysfakcją podnoszę się i po raz kolejny idę do kuchni, tym razem z zamiarami.
-Wypij jogurt. Przypominam mu uśmiechając się sama do siebie. To będzie bardzo męczący tydzień. Styles zawsze był dla mnie trochę dziecinny, ale żaden dzieciak nie ma w sobie tyle seksu co on.-W czwartek lecę do Londynu. Mówię dość głośno pokonując barierę przestrzeni pomiędzy nami.
-Konkretny cel? Cofam się krok i spoglądam widząc, że pije jogurt. Jestem z niego dumna. Chociaż to zdecydowanie dziwne.
-Jonathan załatwił wejściówki na Fashion Week. Rozbijam jajko na rozgrzaną patelnię. Skupiając się na tym, oraz na głosie Harry'ego.
-Jesteś pewna, że chcesz tam lecieć? Milkniemy oboje. To pytanie nie było tym, czego się spodziewałam. -No wiesz, z Jonathanem?
-Myślałam, że go lubisz.
-Szanuję. Poprawia mnie. -Co nie oznacza, że darzę go sympatią. Podkreśla.
-Nie rozumiem skąd problem? Przerzucam usmażone jajka na talerze. Następny pod nóż idzie bekon.
-Po prostu pytam, czy jesteś tego pewna.
-To duża szansa nauczenia się czegoś nowego. Zwracam uwagę na to, że będzie tam pełno modelek, mogę dzięki temu sama zdobyć pewne doświadczenie. -Z resztą mamy bardzo dobre miejsca, więc nie chce teraz z tego zrezygnować.
-Skoro tak uważasz. Nic nie jest w stanie ruszyć jego emocji tego dnia. To męczące. -Myślisz, że Ana się zawiodła? Wraca. Zaciskam powieki biorąc głęboki oddech. Potrzebuję cierpliwości a on czasu. Dużo czasu. Dużo cierpliwości.
-Jestem pewna, że była Tobie wdzięczna. Uśmiecham się pogodnie wchodząc z dwoma talerzami do salonu. Kładę naczynia na szklanym stoliku. -Przejdziemy może do stołu, tutaj musisz się pochylać.
-Nie zdajesz sobie sprawy ile kosztowało mnie siadanie tutaj. Mówi poprawiając się lekko. -Poradzę sobie.
-Musze pojechać na jakieś zakupy. Mówię rozpoczynając jedzenie. Jestem jak jakiś wygłodniały wilk, zjadłabym wszystko, co tylko podstawiono by mi pod nos. Stress i zmęczenie zawsze nie szło w parze z dietą.
-Przecież dopiero wróciłaś. Zarzuca mi absurdalność.
-Chodziło mi o ubrania. Tłumaczę. -Wiesz, będziemy siedzieć przy samym wybiegu, nie mogę wyglądać przeciętnie.
-Nie potrzebujesz ubrań, żeby być ponadprzeciętną. Komplementuje. -Nago jesteś wręcz najpiękniejsza. Śmieje się.
-Więc pójdę nago, nie pozostanę niezauważona. Wzruszam ramionami drocząc się z nim.
-Wydaje mi się, że chyba nie powinnaś się tam wybierać. Przymyka lekko oko i brzmi całkiem poważnie. -Bynajmniej nie bez mnie. Dodaje oliwy do ognia. To jak bardzo lubi mieć wszystko pod kontrolą, wiedzieć o wszystkim staje się atrakcyjną cechą. -Ana zawsze chciała się tam wyprowadzić. Uśmiecha się na wspomnienie wiercąc widelcem w talerzu. -Była trochę jak młodsza siostra.
-Dlatego pewnie chciała pomocy od Ciebie. Wzdycham z lekkim poirytowaniem, jednak staram się to ukryć. Nie chodzi o to, że mam w nosie jej śmierć, ale wydaje mi się, że ona nigdy nie zniknie spomiędzy nas. -Myślisz, że czuła coś do Ciebie? Odrywam nogi z podłogi i zadzieram ja na kanapę. Przyglądam mu się cierpliwie. Jest strasznie zadumany.
-Nie. Krzywi się. -Nie łączyło nas nic szczególnego. Mówi to z taką pasją w oczach, mówienie o niej przywraca w nim lekki spokój i zapomnienie.
-Więc tylko seks. Podsumowuję. -Myślałam że nie ma w tobie nic z normalnego człowieka. Przyznaję.
-Musiało stać się coś takiego, żebyś zauważyła?
-Nic nie dzieje się bez powodu. Stwierdzam łagodnie głaszcząc jego przedramię. -Powinieneś zmienić tą koszulkę. Mówię. Nie jest najświeższa.
-Próbowałem, gdy pojechałaś na zakupy. . Uśmiecha się. -Nie było łatwo, więc zrezygnowałem. -Nie obchodzi Cię to wszystko, prawda? Jest jak mały smutny chłopiec. Dość bolesny widok.
-To nie jest tak. Poprawiam się i staram się znaleźć odpowiednie słowa. -Wiem, ze to dla Ciebie przykre, ale Ona zawsze dawała o sobie znać w nieodpowiednich momentach. Tłumacze mu dość niechętnie mój punkt widzenia. -Może to głupie, ale zawsze miałam wrażenie, że to przez nią nadal nie jesteśmy razem. Wygłaszam z siebie to, co trzymałam już przez dłuższy czas. -Tak wiem. Przerywam mu, gdy ten chce coś powiedzieć. -Rozumiem i szanuję to, że nie jesteśmy razem, być może za krótko się znamy, nie tłumacz mi tego już więcej. Uśmiecham się lekko, co prawda jak zawsze jestem poddenerwowana takimi sytuacjami.
-Łączyło was bardzo dużo emocji i naprawdę się z tego ciesze, ale pozwól że nie będę brać udziału w rozmowie o niej. Omijam wzrokiem jego twarz, w sumie mówię do moich dłoni.-Chce Cie wspierać, bo jesteś dla mnie ważną osobą, ale to wszystko co mogę zrobić.
-Rozumiem. Wtrąca się, gdy ponownie próbuje złożyć wyjaśnienia. -Strasznie dużo mówisz. Uśmiecha się przyglądając mi się z uczuciem.
-Jak się denerwuję to dużo mówię albo..
-Albo jesz. Dokańcza. Poznał się już nawet na tym. -Może nie potrafię okazywać uczuć, ale jestem wdzięczny. -Idź się połóż spać. Przewraca między palcami kosmyk moich włosów i wygląda teraz tak ponętnie, pomimo tej lekko sinawej skóry.
-A ty co będziesz robił?
-Na pewno nic fizycznego. Wyciąga dłonie w geście obronnym.

***


-Madison. Łagodny głos i ciepły palec na skórze mojego ramienia. Marszczę czoło, nie chcąc się budzić. Czego do cholery chcesz Styles? tak dobrze mi się śpi. -Wiem, że nie chcesz wstawać, przepraszam. Mruczy niskim głosem, a za razem troskliwym. -Pomóż mi. Cmoka mnie lekko w ramie, które bezustannie głaszcze.
-Jasne. Trzymam się twardo poduszki i nadal nie otwieram oczu, nie jestem na niego zła.-Daj mi chwilkę.
-Przepraszam. Szepcze delikatnie. Zawsze czuje się winny, gdy mnie budzi?
-W porządku. Uśmiecham się uspokajając go. -Już wstaję. Oznajmiam przekręcając się luźno na plecy. -Co jest takie ważne? Pytam powoli otwierając oczy. Widzę jak Harry z bezradną miną stoi trzymając w ręku ręcznik. Co wpadło mu do tej głowy?-Która jest godzina? Przeciągam się, jest dość ciemno w sypialni, ale tutaj nigdy nie odsłaniamy okien.
-Śpisz już 6 godzin. Tłumaczy z troskliwym uśmiechem.
-I chce kolejne 6. Mruczę niezadowolona siadając na miękkim materacu. -Czego chcesz, ludzki budziku?
-Chce wziąć prysznic. Podnosi lekko rękę, w której trzyma biały ręcznik. Patrze na niego pytającym spojrzeniem. Co ja mam wspólnego z jego prysznicem. -Pomożesz mi się rozebrać? Zawstydza sie lekko, to dziwne, nigdy nie miał problemu z nagością. Podsumowując, zawsze wymagał tego, ze coś z niego zdejmę, głupio się czuje prosząc o to. To rozkoszny widok. -Ciężko mi zdjąć tshirt. Tłumaczy się zażenowany bezradnością.
-Och. Podnoszę się z promiennym uśmiechem na twarzy. -Chodź. Przechodzę obok niego kierując się do łazienki. -Chodź, pokaż mi tą koszulkę. Uśmiecham się troskliwie czekając aż się zbliży. -O matko. Stękam kiedy moim wyzwaniem jest pokonanie wzrostu loczka, na dodatek podnosi swoje ręce do góry. - Piłeś dużo mleka co?
-Po prostu zawsze lubiłem piersi. Żartuje uśmiechając się, pomimo bólu fizycznego.
-Bardzo Cie boli? Pytam.
-Nie jest najgorzej. Uspokaja moje kołatające się serce. -Dziękuje. Czuły uśmiecha nie schodzi z jego twarzy. -Myślałem o nas. Uśmiecha się do swoich dłoni, w których mierzwi koszulkę. Wyjdę się być onieśmielony. Jego twarzy wygląda jak zachód słońca, wygląda pięknie, jakkolwiek pedalsko to określenie faceta nie brzmi.
-I? Zakładam włosy za ucho i kołysze się na nogach. Zrobiło mi się gorąco, czuję ekscytacje, a za razem strach.
-I postanowiłem, że wezmę prysznic. Gasi wszystkie emocje zdejmując spodnie. Uśmiecham się, żeby nie wyjść na głupią i wychodzę z łazienki.
-Idiota. Warcze pod nosem zamykając drzwi.

Przemierzam gołymi stopami zimne już kafle salonu. W tle słyszę tylko duży strumień wody spod prysznicu Harry'ego. Jest tak cicho i spokojnie. W okolicy nigdy nic, się nie dzieje. Wieczorem można tutaj spotkać jedynie panią z pieskiem, bądź biegaczy. Jest mi to na rękę, można tutaj wypocząć. Wchodząc do kuchni nastawiam wodę, w celu zrobienia sobie herbaty. Wspinam się na wysokie czarne krzesło barowe i przeglądam strony otwarte w laptopie Styles'a. Ten człowiek ma bardzo nudne życie. Przynajmniej tak mi się wydaje. Mogę też przyznać, że za bardzo wczuwa się w role mojego menadżera. -Wszystko w porządku? Pytam troskliwie nie odrywając wzroku od laptopa.
-Co robisz? Pyta siadając na krześle obok.
-Tak sobie przeglądam. Mówię nie zwracając na niego zbytnio uwagi. Czuje jak mi się przygląda i słyszę ten oddech. Jest zły, że nie daje mu swojej całej uwagi. Skrupulatnie zmienia tą sytuację gwałtownie odwracając moje krzesło. Siedzimy twarzy w twarz. Ma ten znudzony, ale nadal atrakcyjny uśmiech.-Co? Śmieje się, z jego dokonań.
-Tak sobie przeglądam. Powtarza moje słowa.
-Co znowu wymyśliłeś?
-Znalazłem coś fajnego. Uśmiecha się, a w oczach tańczą iskierki. Zupełnie jak mały chłopiec, który znalazł właśnie idealną zabawkę dla siebie. Dopiero rozwalił jedno auta, a teraz ma już kolejne na oku.
-Samochód może poczekać. Chce mu to wytłumaczyć. Po prostu próbuje uciec od problemów, jego myśli sięgają tylko samochodu i prędkości, to jedyna rzecz, która odbiera wszystkie troski Harry'ego.
-Nie mówię o samochodzie. Jego uśmiech staje się jeszcze intensywniejszy. Przerywa całe moje wewnętrzne podekscytowanie gdy sięga po komputer. Wyszukuje w nim czegoś, aby po chwili przed moimi oczami pojawił się butelka wina. -Chateau Petrus rocznik 1980. Co go tak ekscytuje? To tylko wino.
-Butelka wina. Kiwam głową z teoretycznym uznaniem. - Więc ?
-To najdroższe wino jakie zrobiono. Uśmiecha się. -Musimy pojechać do Peru. Oznajmia zamykając klapę nootboka.
-Peru? Marszczę brwi. -Z tego cie się orientuje to wino, jest we Francji?
-Facet w Peru ma butelkę na sprzedaż, chce ją mieć.
-Dlaczego tak Ci na tym zależy?
-Po prostu. Wzrusza ramionami.
-Nie jest Ci zimno? Pytam, gdy po chwili zauważam, że siedzi przede mną w samych slipkach. Chce też sprawnie odwrócić jego uwagę od bzdurnego pomysłu wyjazdu po butelkę wina.
-Jak jesteś obok, to moje ciało produkuje niewiarygodnie dużo ciepła. Śmieje się przyciągając mnie bliżej, tak że schodzę z krzesła i stoję pomiędzy jego długimi, zgrabnymi nogami.-Wiesz, że woda na herbatę zagotowała się jakieś 5 minut temu?
-Mam ciekawsze zajęcia. Oznajmiam mu.
-Na przykład? Pyta ciekawski, niskim i seksownym głosem.
-Idę wziąć prysznic. Gaszę go, tak samo jak On mnie.
-Nigdzie nie idziesz. Niestety pomimo tego, że siedzi nie zostawia mi drogi ucieczki. -Polecimy jutro po wino.
-Oszalałeś. Dziwię mu się. -Jesteś cały poobijany, z resztą to nie jest dobry pomył.
-Nie przesadzaj. Wzdycha zmęczony całą tą sytuacją.-Nie chce siedzieć w domu i się nad tym wszystkim użalać.
-Może jednak powinieneś. Radzę z niecierpliwością. -Nie chce nigdzie jechać, lecieć, podróżować.
-Jeden sensowny powód. Nastawia twarz i czeka na moja odpowiedź, często tak robi, a ja często nie mogę znaleźć dobrego wykrętu. Tak samo było, gdy postanowił, że chce mnie ze sobą w Houston. I oto jesteśmy w naszym apartamencie.
-Podróżowanie jest męczące, doskonale wiesz, a ja chce być wypoczęta przed wyjazdem na fashion week. Unoszę dumnie czoło, to bardzo dobry powód.
-Więc jednak jedziesz. Uśmiecha się zniechęcony.
-To było postanowione, nie było się nad czym zastanawiać. Przypominam mu uprzejmie. -Jadę.
-Więc zostawisz mnie z tym samego. Zdezorientowany drapie się w nos. Melancholijność do niego wraca.
-Rozmawialiśmy o tym. Staram się nie brać winy na siebie. -Jej śmierć mnie nie dotyczy. Oznajmiam twardo. -Poradzisz sobie. Wznawiam w nim silę, którą przecież nosi. -Duży chłopak z Ciebie. Cmokam go w czubek nosa, na co ten krzywi sie niemiłosiernie.
-Ohh wiesz, jak tego nie lubię. Szczypie mnie w pośladki, przy czym ma ten zimny i cwany wyraz twarzy, oczy są takie znudzone, a za razem ciepłe. Jak to robi? Wygląda jakby mieszał w sobie miliony przeciwnych emocji i uczuć.
-A ja tego. Sucze na niego z zażenowaniem.
-Zemsta jest słodka co? Uśmiecha się całując mnie czule. Zaciska w swoich wargach moją dolną i ciągnie ją za sobą, to dziwne a za razem seksowne. -Ty też. Dorzuca. -Idź weź ten prysznic.


-Prosiłam Cię. Buczę niezadowolona i zrezygnowana wracając do salonu. Harry siedzi przed komputerem i sączy koniak. Ciepły biały szlafrok należący do chłopaka otula moje rozgrzane od wody ciało. Na widok Styles'a jest pewne, że temperatura mojego ciała nie zejdzie poniżej 40 stopni. -Mogłeś wziąć sobie jogurt. Mówię niezadowolona siadając obok niego. Gdy tylko to zrobiłam wyłączył jedną z otwartych stron w wyszukiwarce. Często mam wrażenie, że coś knuje, ukrywa. W jakiś sposób mnie oszukuje. Jest trudnym mężczyzną, charakterek ma również godny trudzenia się. -Byłeś w porannej gazecie. Mówię podświadomie śmiejąc się z tej sytuacji. -Zobaczyłam ją w sklepie, ale nie kupiłam. Tłumaczę mu, to było niezręczne, rozwalone auto na pierwszej stronie gazety, Houstonpaper przyniosła Harry'emu sławę.
-Ojciec do mnie dzwonił. Opiera się i relaksuje ze szklanką w ręku. Śmieje się pod nosem. -Dostałem niezły opiernicz. Kiwa twierdząco głową, wciąż się uśmiechając. -Zupełnie jakbym był dzieckiem.
-Bo jesteś. Potwierdzam twardo założenie jego ojca. W zamian otrzymuję tylko chłodne spojrzeniem. -Przynajmniej psychicznie. Dodaję załagadzając jego urażoną dumę.
-,,Ledwo odziedziczył firmę, firma prawie go straciła" nagłówek był rewelacyjny. Uśmiecha się popijając kolejny łyk alkoholu.
-Co robiłeś zanim weszłam? Pytam ciekawsko wyraźnie wskazując na komputer. Po jego twarzy przelatuje cień strachu, niepewności? Co się z tobą dzieje Harry?
-Za dużo pytań. Stwierdza łagodnie, przybliżając twarz do mojej, ma ciepłe oczy i miłe usta. One zawsze są wspaniałe. -Nie musisz się przejmować. Tłumaczy. -Idziemy do łóżka? Uśmiecha się uroczo.
-Spać? Pytam czując totalna swobodę. Na jego twarzy pojawia sie pogodny grymas.
-Nie jestem w stanie zadowolić Cie tej nocy. Mówi przyglądając mi się bacznie. -Trochę przerwy w łóżku zdecydowanie wyjdzie nam na zdrowie. Dodaje zachęcająco. To zapewnienie zdecydowanie zdejmuje ze mnie stres, nie czuję się komfortowo w czasie gdy mam okres. Dla niego nigdy nie było istotne czy krwawię, czy nie. Po prostu gdy czuł dużą potrzebę potrafił zakręcić mną tak, ze nic oprócz jego pragnienia się dla mnie nie liczyło.
-To twój najlepszy pomysł. Odwzajemniam to ogromnym uśmiechem. -Sprawdzimy jak długo wytrzymasz.
-Nie zapominaj o sobie. Uśmiecha się łobuzersko, gdy podnosi się z kanapy. -Sama się też do mnie dobierasz. Robi zadowoloną minę, wygląda jak podniecony nastolatek. Jest komiczny nawet, gdy się nie stara. -Chodź. Wyjmuje dłonie przed siebie pomagając mi wstać, a to raczej On potrzebuje takiej pomocy.

-Pojedziesz jutro ze mną do centrum? Pytam poprawiając moją poduszkę, przemieszczam się po miękkim materacu na klonach by położyć się blisko niego. -Masz trochę. Przykładam prędko dłonie do jego twarzy i wcieram krem. Robi głupie miny, zdecydowanie jest mistrzem robienia dużych oczu. -Ślicznie. Śmieje się, gdy cały krem jaki pozostał na moich dłoniach jest już wtarty w nadal gładką o dziwo twarz bruneta.
-Chyba mam trochę w oku. Wskazuje na prawe przymrożone oko. To bardzo możliwe że odrobina substancji dostała się do jego oka. Nachylam się bliżej. -Serio, albo to rzęsa. Brzmi całkiem poważnie, zawsze rozpacza, gdy coś dostaje się do jego oczu. Jest jak dziecko. Oglądam jego oko uważnie, staram sie mu w jakikolwiek sposób pomóc.
-Nic w nim nie masz. Stwierdzam odchylając się z powrotem.
-Mówię Ci, że coś w nim jest. Ponawia wołanie o pomoc. Nachylam się i zostaje zaatakowana jego ciepłymi wargami. -Już mi lepiej. Śmieję się, tak samo jak i ja. -Mogłabyś być pielęgniarką. Stwierdza z uznaniem. Obserwuję go, gdy jest taki uśmiechnięty. Jest cudowną osobą, mogłabym na niego narzekać i wskazywać jego wady przed cały dzień. Ale jestem w pełni świadoma tego, jak bardzo uroczym facetem się staje z dnia na dzień. Nie jesteśmy razem, ale to tylko teoria, w praktyce czasem zachowujemy się jak stare, dobre małżeństwo. Nie przeszkadza mi to, jak wiele kobiet się za nim ogląda, wiem co moje. Należy do mnie, tylko nie potrafi się do tego przyznać. -Dlaczego tak patrzysz? Uspokaja się i lustruje mnie łagodnie spojrzeniem. Różni się od innych mężczyzn, ma w sobie ogrom seksu, ale za razem mogłabym nazwać go oazą spokoju i czułości, bo taki jest, gdy nie ma nikogo dookoła, gdy jesteśmy sami i zmęczeni.
-Nigdy nie kochałeś? Pytam i po raz pierwszy nie czuję, się niezręcznie.
-Madison słońce. Podnosi się lekko, spierając się na bezgłowiu łóżka. -Nie rozmawiajmy o tym, co Cię smuci. Mówi przyciągając mnie do siebie.
-Mam ochotę na latte. Stwierdzam z uśmiechem zatrzymując łzy, które silą się wraz z jego uściskiem. Słyszę jak bije mu serce, jest spokojny.
-A ja na croissant. Śmieję się również. -Kiedyś zabiorę Cię do Francji na lette i dobrego croissanta. Obiecuje.
-A co z innymi francuskimi specjałami ? Uśmiecham się, kładąc sie obok.
-Masz ochotę na ślimaczki? Śmieje się patrząc na mnie z troską. Krzywię się ze wstrętem. -Jest też smaczniejsza wersja. Mówi nachylając się ku mnie. Złącza powoli nasze usta, by po chwili wepchnąć swój język na przeciw mojemu. To zawsze będzie dla mnie dziwne i przyjemne, gdy nasze języki ocierają się o siebie. Ucieka mi w jednej sekundzie. -Wydaje mi się, że to było lepsze niż jakaś tam francuska potrawa. Uśmiecha się.
-Za mało. Mówię prosząc go o trochę więcej.
-Powinnaś już spać. Głaszcze moje nagie ramie.  Oto troskliwy i ciepły Harry, który porusza moje serce i nie pozwala mi go nie wielbić. -To był długi dzień.
-Zabije Cię kiedyś, wiesz? Pytam zaciskając jego twarz w dłoniach.
-Jeśli sam tego nie zrobię. Sprostowuje obniżając się na łóżku, tym samym układając się do snu. Przykrywa się kołdrą po same uszy. -Ale nie pozwolisz na to. Mówi kryjąc twarz pod kołdrą.
-Dobranoc. Szepczę zdejmując kołdrę z jego twarzy i widzę jego uśmiech i lekkie zawstydzenie. Wtulam się w poduszkę i nie jestem w stanie się nie uśmiechać. Niech mi jeszcze raz powie, że nic nas nie łączy to dostanie w twarz. Przyjemny Harry to mój ulubiony Harry. Nie traci na swojej męskości, gdy jest uroczy. Lubie różnice pomiędzy seksem z nim, a rozmową i zwykłym snem.
-Zwariuje z tobą. Mówi zmuszając mnie do otworzenia oczy. Patrzę na niego wyczekująco. -Nie kochałem nikogo tak bardzo, a teraz śpij. Mówi niejednoznacznie. Czuję jak serce na moment zatrzymuje się z pytaniem "Kochasz więc mnie?", by po chili zacisnąć powieki i uspokoić wszystkie wzburzone zmysły.