piątek, 24 stycznia 2014

V


__________


Przewracam się na drugi bok i otwieram z zaniepokojeniem oczy, gdy trafiam na Harry'ego. Zabieram rękę z jego klatki piersiowej, a moim oczom ukazuje się krew. Odrzuca mnie dosłownie na druga stronę łóżka, gdy orientuje się, że to krew chłopaka. Zatyka mnie i ze strachem zrywam kołdrę z chłopaka. Nie reaguje w żaden sposób na moje dość głośne nerwowe majaczenie. Co się do cholery dzieje? Całe łóżko pokryte jest czerwoną krwią chłopaka, rana idealnie umieszczona na tatuażu na środku jego klatki piersiowej zabiera mi oddech....
-Przepraszam. Harry szepcze ze skrzywionym wyrazem twarzy przechodząc przez sypialnie. -Nie chciałem Cię obudzić. Mówi speszony. Czuję się jakbym dostała w głowę ogromnym kawałkiem drewna, mam ochotę rzucić mu się na szyje za to, ze mnie obudził. Patrzę na niego ze strachem i powoli uspokajam częstotliwość bicia mojego serca. To był tylko sen, sen. Wydawało mi się być to takie realne, najgorszy koszmar jakiego kiedykolwiek doświadczyłam.
-Nie obudziłeś. Uśmiecham się łagodnie wyciągając ramiona wysoko nad siebie. Czuję się jakby mnie zalano betonem. -Która godzina? Pytam coraz szerzej otwierając zaspane powieki.
-Wcześnie, śpij jeszcze. Radzi spoglądając na swój zegarek. Chodzi po pokoju wyraźnie się rozglądając.
-Czego szukasz? Pytam przewracając się na drugi bok, by mieć go w zasięgu wzroku.
-Widziałaś mój telefon? Pytam skrępowany i wyraźnie zaniepokojony tym, że nie może go odnaleźć.
-Proszę. Wyjmuję obiekt poszukiwania spod wolnej poduszki i wyciągam rękę w jego stronę.
-Dzięki. Zabiera go wychodząc pośpiesznie z sypialni. Jest roztargniony i wyraźnie stara się śpieszyć.
-Będę jechał. Spiera się ręką o futrynę i przygląda mi się przez moment.
-Dasz znać, jak będziesz na miejscu? Pytam ze zwyczajną troską. Może coś osłabło od wczoraj między nami, ale nie chce grać zimnej suki.
-Jasne. Uśmiecha się mdło poprawiając torbę na ramieniu. -Udanej zabawy w Londynie. Dodaje z wyraźnym żalem. Zaciska wargi w cienką linię i wydaje się być niespokojny.
-Cześć. Żegnam się. To dziwne że tak to wygląda.
-Cześć. Odpowiada spoglądając na swoje buty. Odwraca się drapiąc po nosie i wychodzi z domu. Jest mi smutno, ale nie na tyle, aby rzucać mu się teraz na szyję. Jestem przerażona tym, jak realistyczny wydawał mi się mój sen. To był zdecydowanie chory sen. Dlaczego śnią mi się takie gówna? Przeciągam się w celu rozluźniania mięśni. Mój kark odmawia mi posłuszeństwa. Boli jak cholera. Uroki tego jak krzywo potrafię spać, gdy mam całe łóżko tylko dla mnie. Zastanawiam się, czy Harry choć trochę się wyspał, nie wyglądał na nikogo w znakomitej formie. Ostatnio wydarzyło się sporo rzeczy, które wyssały z niego dotychczasową energię. Zwlekam moje ciało z łóżka. Nienawidzę wstawać. Mogłabym jeszcze spać, ale niestety czas najwyższy aby zacząć się pakować do Londynu. Wychodzę z sypialni w celu zjedzenia czegokolwiek, burczy mi w brzuchu jak cholera. Otwieram lodówkę z uśmiechem, nie często widnieją na niej jakiekolwiek kartki od Harry'ego, a to skromne "Smacznego!" jest bardzo miłe z jego strony. Mogłabym przepraszać siebie samą każdego dnia, że nie jest mój, ale jest nieuchwytny. Niczym wiatr, czuję go codziennie, ale nie mogę go złapać i mieć na własność. Ironia losu prawda? Robimy wszystko, co robią normalnie pary, pomijając fakt, że jestem "dobrym kumplem". Wyjmuję z lodówki jogurt i zgarniam łyżeczkę z najwyżej usytuowanej szuflady. Siada przy kuchennej wyspie przeglądając internet w telefonie.
***

Jesteśmy na miejscu. To takie prymitywne myślenie o Londynie jako deszczowym mieście, ale własnie leje jak z cebra. Jonathan wisi na telefonie od godziny. Wylądowaliśmy i zamiast cieszyć się jednym z najbardziej ekscytujących miast w Europie my siedzimy na lotnisku czekając na jakiekolwiek zmniejszenie opadów. 
-Może jednak weźmiemy taksówkę i po prostu pojedziemy do hotelu. Zaczynam się niecierpliwić siedzeniem bez celu w tym miejscu. -Przecież nie zmokniemy tak bardzo. 
-Jeśli pójdziesz złapać taksówkę to ok. Mówi odchylając tylko na chwilkę telefon od ucha. Boże co za samolubny tym. -Daj znać jak Ci się uda. Uśmiecha się głupkowato gdy ja kieruję się do wyjścia. Stąpam po potwornie mokrych płytach chodnika podbiegając do jednej z taksówki stojących przed budynkiem. 
-Zbieraj dupę, mamy transport. Rzucam do niego gniewnie cała mokra. Byłam na zewnątrz zaledwie dwie minuty, aby wyglądać jak jakiś szczur. Gdzie podziali się Ci wszyscy dżentelmeni, którzy noszą walizki i mokną za nas? Dziewczyna Jonathana musi być na prawdę ciekawą osóbką.
-Pokłóciliście się? Jonathan zwraca się do mnie po chwili milczenia, gdy jesteśmy już w niewielkiej brytyjskiej taksówce. To małe czarne autko zbudza we mnie sporo podniecenia, a przecież to nic szczególnego. Milczę nie zwracając na chłopaka uwagi. Jego pytanie nie spodobało mi się w najmniejszym stopniu.-Komu powiesz, jak nie mi? Uśmiecha się dodając otuchy tym samym lekko mnie szturchając.
-Trochę. Przyznaję się do kolejnej sprzeczki z Harrym. Ostatnimi czasy Jonathan był nie tylko fotografem, ale też czymś w stylu dobrego przyjaciela. Corey zapomniała o moim istnieniu, odkąd mieszkamy w Houston nasza przyjaźń odbija się jedynie echem. Zaciskam usta w cienka linię czując się niekomfortowo.
-Postaw mu w końcu sprawę jasno. Radzi poprawiając swoją uniesioną grzywkę. Jonathan wyglądem nie obiega ani o krok od Nick'a Grimshaw'y. Jest naprawdę podobny do tego faceta, różnią się jedynie wiekiem, oraz tym że twarz Nick'a nie ma tak ostrych rys jak mojego kompana. -Wiesz, jeśli pokażesz mu, że akceptujesz wasz wolny związek to On nigdy nie będzie chciał. Wyjaśnia swój pogląd. W sumie ufam mu i wierze w to co mówi, ma racje. Z resztą jest facetem, więc chyba wie najlepiej co wpływa na tą płeć.
-Nie chce robić problemów. Spieram się na łokciu. -Zawsze kończy się to kłótnią. Wzruszam niechętnie ramionami.
-Krzycz na niego i nie pozwól, żebyście się kłócili, po prostu go opieprz. Wyjaśnia wciąż jedząc orzeszki, które kupił jeszcze na lotnisku. -Albo wyjdzie na twoje, albo nie wyjdzie wcale.
-Może i masz racje. Przyznaję włączając swój telefon. -Do tej pory nie wychodziło wcale. Unoszę brew i mam ochotę wyzywać samą siebie od głupich.
-Bo nie postawiłaś na swoim.
-Zawsze to On przejmuje kontrole. Żale się, bo to przeszkadza mi najbardziej. -Doskonale wie jak mówić, żebym dała mu wygrać i wciąż mu na to pozwalam. Jestem na siebie wściekła.
-Zmień to. Wzrusza ramionami lekko bezradny, bo wszystko co powiedział do tej pory to jedyna rada, jaka jest rozwiązaniem moich pretensji i żali.
-Jesteśmy na miejscu. Taksówkarz odrywa nas od spokojnej pogawędki zatrzymując się pod naszym hotelem. Wysiadam z auta. Powiew wiatru niemal zrywa ze mnie lekki żakiet, który ubrałam aby uchronić się przed chłodem w Houston. Tutaj dopiero jest zimno. Otulam się żakietem, nie pozwalając temu szalejącemu wiatru oziębić mnie całkowicie.
-Dziękuję bardzo. Wręczam kierowcy pieniądze i łapię moją torbę, którą Johathan wyjął z bagażnika. -Dzięki. Wysuwam rączkę chcąc skierować się do wejścia. Jednak moje zamierzania przerywa mi młody chłopak z obsługi, który zajął się naszymi bagażami. Uśmiecham się do niego ciepło idąc za brunetem do recepcji. -Witamy w Park Plaza Westminster Bridge Londyn. Spierając się na wysokim blacie recepcji dopełniam formalności z uprzejmą kobietą. Odbieram moją kartę i odchodzę na bok, czekając aż chłopak dostanie swoją. -613, a ty? Pytam nawiązując do pokoju.
-220. Nie wygląda na zadowolonego. -Masz lepszy widok z okna. Stwierdza idąc do windy, chłopak który pcha wózek z naszymi bagażami wydaje się być zmęczony. W sumie to nie najlepsza robota, przerzucać dziennie tyle bagaży nie jest łatwym zadaniem. W milczeniu jedziemy windą, towarzyszy nam cicha melodia z głośników. Jonathan wysiada na swoim piętrze, a pracownik hotelowy wydaje się być zakłopotany.
-Proszę. Mówię odsuwając się na bok. Zdejmuję swoje walizki. Boy zaczyna protestować, ale przecież to nie problem. -Spokojnie, poradzę sobie. Uśmiecham się dając mu pewność, że może wyjść z widny za Jonathanem, który widzi tylko czubek swojego nosa. Wywracam oczami, gdy tylko winda zamyka sie, by wjechać na moje piętro. Drzwi ponownie się rozsuwają a ja nie mam pojęcia jak wydostać się z niej z trzema sporymi walizkami. Unoszę wzrok orientując się, że ktoś na korytarzu mi się przygląda. -Cześć. Uśmiecham się onieśmielona, gdy widzę Markusa. Chłopak uśmiecha się, zarost na jego twarzy dziś wygląda jeszcze lepiej, ciemne oczy są tak spokojne i hipnotyzujące, ciemnobrązowy garnitur jest dopasowany. -Co tutaj robisz? Pytam nie potrafiąc przestać się uśmiechać.
-Dobre pytanie. Uśmiecha się wyciągając moje walizki z windy. -Aktualnie pomagam Ci z walizkami. Mówi. -A poza tym, to sprawy służbowe. Tłumaczy się. Cóż wygląda jakby szedł na jakieś spotkanie, bądź randkę. Ciekawe kim jest ta szczęściara.
-Aha. Odpowiadam nie wiedząc jak z nim rozmawiać. -To nie będę Cie zatrzymywać, już sobie poradzę. Próbuje być niezależna.
-Skoro już tutaj jestem, to pomogę. Drapię się za uchem i skuwa dłonią na moje walizki.-Gdzie zgubiłaś pana prezesa? Pyta ciekawski niosąc jedną torbę na ramieniu, a drugą ciągnąc za sobą. Nie pozwoliłam mu wziąć wszystkiego, więc ja również mam jedną z walizek.
-Przypuszczam, że jest w Nowym Orleanie. W Londynie jest już 18 więc Harry je teraz jakiś dobry lunch w samo południe. -Przyjechałam na fashionweek. Dodaję.
-To dopiero pojutrze? Zaskakuje mnie swoją orientacją. -Co będziesz robić, przez te dwa dni?
-Podobno maja fajne spa. Śmieje się wspominając o udogodnieniach w hotelu. -A ty? Pytam nawiązując do jego ubioru. -Zdaje się, że gdzieś się wybierałeś?
-Nic ważnego. Uspokaja zatrzymując się obok mnie przy drzwiach mojego pokoju. Otwieram drzwi za pomocą karty i jestem mile zaskoczona wnętrzem mojego pokoju. -Zostaw je tutaj. Wskazuję luźną dłonią na podłogę zaraz obok drzwi. Wchodzę głębiej i jestem naprawdę pod wrażeniem widoku. Przed oknem mam Pałac Westminsterski. Świtała oświetlające tą sporą budowlę pięknie odbijają się w spokojnym nurcie Tamizy. Chciałabym żeby Harry stał tutaj ze mną, ta naprawdę mogłoby być romantyczne.
-Mieszkam dwa pokoje dalej. Marcus przywołuje mnie do rzeczywistość wskazując kciukiem za siebie. -Gdybyś potrzebowała pomocy, to śmiało. Mówi lekko zawstydzony wycofując się z pokoju.
-Dziękuje. Rzucam pośpiesznie, gdy drzwi się zamykają. Czarujący mężczyzna. Uśmiecham sie sama do siebie. Niczego mu nie brakuje, ma onieśmielające spojrzenie i bardzo drapieżne rysy twarzy, jest pierwszym szatynem o tak powalającym wyglądzie jakiego do tej pory poznałam. Nienaganny ubiór, poprawny brytyjski akcent i te świeżo pachnące perfumy. Rozmarzyłam się nieco. Jednak moje myśli schodzące na zły plan myślenia o innym facecie, zostają fachowo przerwane przez telefon. -Harry. Bąkam sama do siebie
-Jak lot? Chłopak mówi cicho i wiem, że jest przygnębiony.
-W porządku. Rzucam się na wodnisto miękki materac.-Jak tam? Pytam zatroskanym głosem.
-W porządku. Unika tematu.-Jak hotel? Wiem, że się właśnie uśmiecha.
-Wspaniały wybór Harry. Przyznaję chcąc sprawić mu minimalna przyjemność.-Jak po pogrzebie?
-Zgadnij. Wzdycha z lekkim ciężarem.
-Nie łam się Styles. Besztam go chcąc dać mu porządnego kopa w tyłek. -Co robisz? Pytam bawiąc się kosmykiem włosów jak zakochana nastolatka.
-Siedzę w barze. Mówi. Wyobrażam sobie jak spiera się na drewnianym ciemnym blacie i popija właśnie whisky. Wygląda wtedy tak poważnie i seksownie. -I nie piję jogurtu, wiec przepraszam.
-Jesteś dorosły, możesz robić co chcesz. Wzruszam ramionami odchrząkując lekko. -Spotkałam dziś Markusa. Oświadczam mu z zadowoleniem na twarzy. Nie chce go sprowokować, ale chce żeby czuł się w jakikolwiek sposób zagrożony.
-Jest w Londynie? Pyta z znakomitym spokojem.
-Tak, wpadłam na niego wysiadając z windy. -Pomógł mi z bagażami.
-Mówił dlaczego tam jest? Ciekawski i niespokojny Harry.
-Jakieś sprawy służbowe, nie jestem pewno, nie rozmawialiśmy dużo. Zapewniam go nie chcąc wywoływać, żadnych nieprzyjemnych wymian zdań.-Jutro będziesz w domu? Pytam chcąc podtrzymać rozmowę.
-Chyba jeszcze dziś. Poprawia mnie lekko. -Nic mnie nie trzyma w Nowym Orleanie.
-Odwiedź ojca. Podpowiadam mu, to nie jest najlepszy pomysł aby wracał do domu.-Wrócisz na spokojnie jutro. Radzę.
-Uważasz, że ja i tato to dobre połączenie? Śmieje się lekko.
-To twój ojciec, z czystej uprzejmości odwiedziłbyś go i sprawdził jak się ma.
-Sama dawno nie odwiedziłaś rodziców. Przypomina mściwie.
-Całkiem inna sytuacja, nie porównuj moich relacji z rodzicami a twoich z ojcem. Ponoszę się by zatrzymać się ponownie przy oknie. -Wiesz, że tutaj jest już wieczór? Pytam schodząc z uciążliwego tematu.
-Bystrzak z Ciebie. Śmieje się ze mnie. Cóż nigdy nie sprawdzałam różnic czasowych i nigdy mnie one nie interesowały. -Leżysz już w łóżku?
-Nie, dopiero dotarliśmy do hotelu, chyba zejdę coś zjem.
-Jakie plany na jutro?
-Chyba zaliczę shopping w UK. Uśmiecham się na samą myśl.
-A jak widok z pokoju? Zawsze jest zaciekawiony szczegółami.
-Rewelacyjny, mogłabym powiedzieć że trochę romantyczny.
-Mogłabyś, więc jest romantyczny czy nie ? Śmieje się z mojego braku zdecydowania.
-Nie, nie jest. Smętne lekko zadzierając nos.-Strasznie pada.
-Zawsze jestem smutna gdy pada. Smutnieje jego głos tak samo jak ja. Ma racje, jest mi przykro gdy pada, zwłaszcza jak siedzę sama.-Zamów sobie kolację do pokoju, weź prysznic, pomyśl o czymś miłym. Mówi troskliwie. Pieści słowami moje ucho przez telefon, jak to możliwe? Jest mi cieplej przez sam jego głos.
-Głupio tak jeść samej, wiesz? Szuram palcem po parapecie skupiając się na jego głosie. Wzdycha ciężko.
-Głupio jest wracać do pustego domu. Mówi. -Głupio też, że jesteś na mnie zła. Dodaje speszony.
-Nie, nie jestem. Przyznaje zrzucając ciężar z rozmowy. -Naskoczyłam na Ciebie.
-Nie zrobiłaś tego bez powodu. Stwierdzam ku mojemu zdziwieniu.
-Ale mogłam się po prostu zamknąć.
-Lubię jak dużo mówisz. Rozwesela mnie swoim śmiechem. -Madison?
-huh?
-Nie chodzi mi tylko o seks. Słysze skruchę i słabość w jego głosie. Rzuca mnie teraz w ogromną przepaść zwana niepewnością.
-To..to dobrze. Uśmiecham się delikatnie.-Pracujesz jutro? Pytam nie chcąc przeciągać krępującej go sytuacji.
-Mam kilka spraw do załatwienia. Niechęć w jego głosie jest wręcz namacalna. -Potrzebujemy kilku nowych pracowników. Oznajmia.
-Wspominałeś, więc jutro przeprowadzasz rozmowy kwalifikacyjne? Uśmiecham się.
-Jestem właścicielem, nie chce mi się tego robić, jest dużo ważnych osób w firmie, zajmą się tym.
-Pan prezes w swoim żywiole. Dokuczam mu. W pokoju rozlega się wyraźne pukanie do drzwi. Różne rzeczy przychodzą mi do głowy. -Muszę kończyć.
-Spokojnej nocy.
-Dobranoc. Rozłączam się, kierując się do drzwi.

-Pomyślałem, że głupio jeść kolacje samemu. Markus uśmiecha się. -Zechcesz mi towarzyszyć? Pyta.
-Daj mi pięć minut. Uśmiecham się wpuszczając go do pokoju. Zdecydowanie dawno się nie widzieliśmy.
-Zdaje się, że rozmawiałaś przez telefon. Mówi marszcząc lekko brwi, gdy siada na skraju łóżka.
-Tak, Harry dzwonił. Nie przywiązuje do tego większej wagi, przeszukuje bagaże nie mogąc znaleźć kosmetyczki.
-Nie przypuszczałem, że jest typem który się troszczy. Przyznaje rozglądając się po pomieszczeniu.
-Ja też nie. Dodaje z ciężarem podnosząc się. W końcu mogę udać się do łazienki w celu poprawienia makijażu.
-Czyli oboje jeszcze uczymy się o panu prezesie.
-Nie zaprzeczę. Pudruję moją bladą i zmęczoną skórę. Lot sprawił, że wyglądam jak wrak człowieka.
-Aczkolwiek nie przyleciał tutaj z Tobą.
-Ma sporo spraw na głowie, nie potrzebuję niańki. Mówię wracając do pokoju. -Chyba możemy iść.
-Nawet musimy. Spogląda na zegarek.-Za godzinę zamykają restauracje. Uśmiecha się podnosząc z łóżka.
-Zabiłby mnie wiedząc, że jem kolację z innym facetem. Nerwowo przygryzam policzek. Markuj jednak nie bierze sobie tych słów do serca i bezinteresownie przemierza korytarz trzymając mnie za rękę. To problematyczne, ale przecież nie będę robić z siebie niedotykalskiej panienki. -Więc, sprawy biznesowe?
-Tak. Uśmiecha się wkładając wolną dłoń w kieszeni garniturowych spodni. -Jesteś ciekawska, co? Przymyka lekko oczy i śmieje się z tego, że własnie się zakłopotałam. -Zdradzić Ci sekret? Patrzę na niego z absurdalnym uśmieszkiem. Dlaczego chce mi mówić sekrety? To strasznie niezręczne.
-Mam pewne obawy. Mówię poprawiając włosy. -Wal.
-Moje sprawy biznesowe to Ty.
-Nie rozumiem. Rumienię się lekko na te słowa, co ma na myśli?
-Harry poprosił mnie, a raczej zlecił, żebym miał oko na twoje bezpieczeństwo. Przyznaję się z zakłopotaniem drapiąc się za uchem. Mam ochotę się śmiać z tego, jak mało rozsądne kroki podejmuje Harry, aby mnie kontrolować. Nie, nie jestem ani trochę złą. To zabawne. -Nie powinienem Ci mówić. Śmieje się również widząc moje rozbawienie.
-Nie, spokojnie, udam że nic nie wiem. Zapewniam go nie wychodząc z rozbawienia pomysłem Stylesa.
-Uznałem że to głupie, ale w sumie to przyjemność. Wzrusza ramionami. Winda dociera na trzecie piętro, które zaraz za rozsuwającymi się drzwiami rozciąga się na całe piętro. W sumie to zbiór kilku różnych restauracji. -Wiec, na jaką kuchnie masz ochotę? Pyta zatrzymując się w holu. -Możemy zjeść coś egzotycznego, bardziej europejskiego bądź...
-Zjedzmy coś egzotycznego, a później wypijmy dobrego drinka. Narzucam mu z góry oczekiwania, przez co mogę oglądać wyraźnie zdziwiony wyraz twarzy Marcusa. -Ja stawiam.
-Nie ma mowy. Uśmiecha się prowadząc mnie do wybranego lokalu. -To ja nie lubię jeść sam. Przepuszcza mnie pierwszą w drzwiach by w tym czasie poprawić swoją marynarkę. Nieznacznie wyprzedza mnie ponownie prowadząc do stolika. -Może być ten? Uśmiecha się zwalniając obok całkiem przytulnie usytuowanego stolika. Przytakuję mu przekładając kopertówkę do drugiej ręki, gdy ten odsuwa krzesło zapraszając mnie do zajęcia miejsca.
-Dziękuje. Uśmiecham się, jest nieznośnie uprzejmy. Nie brak mu ani krzty elegancji w tym jak się zachowuje. Zajmuje miejsce na przeciw mnie obdarowując mnie miłym spojrzeniem. Przez moment ukradkiem lustruję jego profil, gdy ten patrzy przez zaszkloną ścianę na miasto, które tętni wciąż życiem. Ma bardzo wyraźne rysy twarzy, gdyby nie ten zarost jego twarz wyglądałaby jak osoby chorej. Jest bardzo szczupła, może dlatego też zdecydowanie nosi swój zarost. Kelnerka, która pojawia się przy stoliku pozwala Marcusowi przyłapać mnie na tym intensywnym przyglądaniu mu się. Spuszczam wzrok na kartę menu widząc jego uniesiony kącik ust. Kobieta odchodzi od stolika, zaraz po tym, gdy oboje mamy przed sobą karty.
-Może coś indyjskiego? Pyta, a ja wciąż jestem zawstydzona tym, że mnie przyłapał na tak intensywnym oglądaniu jego osoby. -Spokojnie. Uśmiech którym mnie obdarza jest nieznośnie seksowny.
-Zamów coś dla nas obojga. Mówię rezygnując z dalszego wertowania specjałów szefa kuchni. Z resztą jesteśmy tutaj z jego inicjatywy, z kultury wypada nie wybierać nic samej.
-Ufasz mi bezgranicznie. Śmieje się pod nosem skupiając się na wyborze dań.
-Coś w tym stylu. Uśmiecham się mdło. Nie powinien mi się tak podobać. Źle czuję się z faktem, że jest tak czarujący, ale przecież nie robię też nic złego. -Harry musi Ci również ufać, skoro jesteś moim stróżem.
-Kiedyś byliśmy dobrymi kumplami. Przyznaję niechętnie. Mam wrażenie jakby lekko zbladł i się zakłopotał, jednak nie jestem w stanie przypisać sobie do tego, żadnego powodu. -Pad Thai wa razy poprosimy. Marcus uśmiecha się oddając kelnerce karty. Dziewczyna zjawiła się tutaj jakoś instynktownie. Wyczuła moment, gdy ten zdecydował się na potrawę, czy raczej dał jej jakiś niezauważony przez mnie znak? Ponownie poprawia swoją marynarkę, przysuwając się bliżej do stolika.
-A teraz? Pytam szukając związku pomiędzy tymi dwoma przystojniakami.
-Tylko razem pracujemy. Wzrusza ramionami. -Powiedzmy, że nasze drogi dawno się rozeszły.
-Diamenty. Rzucam z podejrzeniem i lekkim szeptem, zdecydowanie go tym niepokojąc.-Też brałeś w tym udział. Stwierdzam oczekując wyjaśnień.
-Powiedzmy, że bylem kimś kto pilnował jego tyłka. Mówi dość niejasno.
-Możesz jaśniej. Uśmiecham się łagodnie chcąc zaczerpnąć więcej informacji.
-Poznaliśmy się w szkole, w dość nietypowy sposób, wiec to było dziwne, że zostaliśmy kumplami. Uśmiecha się na wspomnienie.-W sumie to ja miałem brudne łapy, a Harry chciał mieć kasę, a raczej więcej kasy, wiec go wkręciłem. Wzrusza ramionami, najwyraźniej wyjawił mi wystarczająco dużo w jego mniemaniu.
-Co takiego robiliście?
-Zaczynaliśmy całkiem niewinnie. Przymruża lekko oko. -Trochę prochów, dzieciaki w szkole to kupowali.
-Całkiem niewinnie? Wyśmiewam go niemo. -Sprzedawanie prochów głupim nastolatką nie jest chyba niewinne.
-Było nie winne, bo to był początek. Stwierdza z nutą satysfakcji. -Czerpaliśmy z tego niezła kasę i w sumie przyjemność.
-A wy? Patrzę na niego zastanawiając się nad tym, ze Harry zapewniał mnie w Japonii że narkotyki nie są dla niego. -Braliście?
-Żartujesz? Uśmiecha się wolno spierając się na oparciu. -To było gówno, żadne prochy nie były czyste. Krzywi się lekko.
-Tym bardziej nie rozumiem, jak mogliście to rozprowadzać. Zarzucam mu nierozsądek.-Ktoś mógł przez to po prostu umrzeć.
-I tak było. Jego głos staje się bardziej cierpki i wszelki uśmiecha znika z jego twarzy.
-Nie baliście się konsekwencji? Odsuwam się lekko od stolika, gdy kelnerka przynosi nasze dania. Uprzejmie jej dziękujemy robiąc dobrą minę do złej gry.
-Ludzie bali się mówić. Wzrusza ramionami nastawiając się do jedzenia. -Później było trochę grubszych kradzieży, skończyło się, kiedy Harry poznał Kylie. Zakańcza temat, pozostawiając mi kolejny temat do wyjaśnienia, kim była Kylie? I dlaczego nic do tej pory o niej nie słyszałam.
-Smacznego.
-Wzajemnie. Zmienił nastrój, zmienił się tez nieco w moich oczach. Nie jest teraz tylko przystojniakiem w garniturze, jest poniekąd przestępcą, tak samo jak Harry, którego nie postrzegałam z tej strony do tego wieczoru. -Nie masz pojęcia, że jestem tutaj żeby Cię pilnować. Upomina mnie, martwiąc się, że wygadam się Stylesowi.
-Cóż, wspomniałam Harry'emu, że tu jesteś, ale to wszystko.
-Pozostawmy mu tylko tyle informacji. Mówi z poważnym wyrazem twarzy. -Długo się znacie? Pyta wkładając do ust kolejną porcję kurczaka.
-Kilka miesięcy. Skupiam się w pełni na potrawie, nie chcąc znowu mu się przyglądać. Jego osoba pozostawia wiele pytań. -Dlaczego pytasz?
-Czysta ciekawość. Zapewnia. -Jesteście parą?
-Dlaczego tak bardzo interesują Cię nasze relacje? Buntuję się lekko. Zaczynam się denerwować jego pytaniami dotyczącymi relacji z Harrym. Może gdyby jego ton i sposób w jaki pyta był innym, nie przeszkadzałby mi ten temat.-Porozmawiajmy o czymś mniej prywatnym. Zmieniam swoje nastawienie, nie chcąc go obarczać moimi humorami. -Dlaczego przyjmujesz takie polecenia od Harry'ego?
-Jakie?
-No wiesz, kierowca, teraz jakiś ochroniarz, czy coś w tym stylu.
-Jestem mu to winien, to wszystko. Wyraźnie ucieka od tematu. -Długo pracujesz jako modelka?
-Yhym. Przytakuję mu popijając wodę. Oczywiście, że skłamałam, ale nie chce kolejnego komentarza typu "25 lat na rozpoczęcie kariery to chyba za dużo.'' -Jesteś Brytyjczykiem prawda?
-Londyn to moje miasto. Uśmiecha się nonszalancko. -Urodziłem się tutaj.
-Dlaczego Stany?
-Zmiany są ważne. Wzrusza ramionami. Robi to zdecydowanie zbyt często. - A ty?
-Cóż, jestem rodowitą Węgierką, ale USA to mój dom.
-Wracasz czasem na Węgry?
-Nie, szczerze nie pamiętam dni, kiedy tam byłam. Przyznaję i robi mi się nieco przykro. -Niedługo szykuje mi się kontrakt z Miu Miu. Uśmiecham się z ekscytacją w oczach. W końcu jakiś poważny kontrakt.
-Widzę, że jesteś tym bardzo podekscytowana. Zauważa z uprzejmie uniesionym kącikiem ust.
-To bardzo ważna sprawa. Wyjaśniam. -Nie żałujesz przeszłości? Wracam do naszej poprzedniej rozmowy o nim i Harrym.
-To nie jest najprzyjemniejszy temat Madison.
-No tak, wybacz. Irytuje się lekko jego małomownością. -Przepraszam Cię, ale chyba wrócę już do pokoju.
-Coś nie tak? Podnosi się również, nie pozostawiając swoich manier pod obrusem.
-Wszystko dobrze, tylko jestem zmęczona. Mówię marszcząc ze zmartwieniem czoło.-Dziękuje bardzo za kolacje, ale chyba już pójdę.
-Obiecałaś mi drinka. Krzywi się lekko, ale wciąż się uśmiecha.
-Racja. Wypuszczam z siebie powietrze opanowując niezręczność jaka towarzyszyła mi wraz z decyzją wyjścia. -Możemy już pójść?
-Jasne, tylko zapłacę. Uśmiecha się a ja kieruję się do wyjścia. Nie podniosłam się zupełnie bez powodu. To jak  ocierał swoją nogę o moją zaczęło mnie lekko niepokoić. Być może wyolbrzymiam, to nic takiego, ale poczułam się zażenowana. Chłopak dołącza do mnie wychodząc z restauracji.-Szybki drink i idziesz spać. Uśmiecha się prowadząc mnie do baru. Tutaj jest zdecydowanie więcej osób, niż było w restauracji. Mniej ustronne miejsce, dzięki bogu. Spoglądam na wszystkich dookoła idąc do barowej lady za Marcusem. Po chwili odwracam się ponownie z zaniepokojeniem. -Coś się stało?
-Nie. Przebudzam się. Dałabym sobie rękę uciąć, że widziałam chłopaka, który podwiózł mnie ostatnio do szpitala. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie jego godności. -Miałam wrażenie, że widziałam kogoś znajomego. Uśmiecham się z uczuciem strachu, gdy widzę przerażone spojrzeniem Marcusa. Ignoruję to jednak. Ponownie ukradkiem spoglądam w miejsce, gdzie przed chwila siedział jeszcze ten chłopak.
-Może po prostu przewidziało Ci się. Uspokaja podsuwając mi wysoką szklankę z słodkim trunkiem. Marcus wydaję się być czymś zaniepokojony, praktycznie w ciszy wypijamy alkohol i się rozstajemy.
Wysiadam na swoim piętrze, samotność w windzie była dla mnie sprzyjająca. Marcusowi źle z oczy patrzy. Stąpam powoli i leniwie po korytarzu, unoszę wzrok i widzę sylwetkę Ethana. Tak to musi być on!
-Ethan? Pytam a właściwie krzyczę za mężczyzną, który pośpiesznie idzie w przeciwnym mi kierunku. Właściwie to widzę tylko jego plecy, ale jestem przekonana, że to On. Skrzywiam się ze zdziwieniem. Wchodzę do pokoju i jest jak w raju. Zapalam światło i po raz kolejny w tym dniu spotyka mnie niespodzianka. Zdejmuje uciążliwe obcasy i podchodzę do bukiety kwiatów. ,,W ramach rekompensaty za to, ze jadłaś kolajce sama. Harry xx. '' Uśmiecham się odkładając karteczkę na stolik. Pewnie obsługa wniosła te kwiaty do pokoju. To piękny gest z jego strony.