środa, 15 stycznia 2014

IV

_________

-Madison wstawaj! Irytacja i niecierpliwość Harry'ego wzrastała z każdym kolejnym razem, gdy wchodził po sypialni sprawdzając czy raczyłam zebrać się do kupy. 
-Nie. Protestuję zupełnie jak dziecko, które jest budzone do szkoły. -Jak mamy okazje spać, to ty stajesz się rannym ptaszkiem. Buczę na niego spod kołdry, gdy ten zatrzymuje się obok dużego okna. Jest naprawdę spore, sięga od podłogi do sufitu i zajmuje całą szerokość północnej ściany. Bez litości odsłania duża roletę zewnętrzną i zalewa mnie falą słońca. Zupełnie jakby postawili przede mną ogromy reflektor. 
-Słońce wstawaj. Jego niecierpliwość kreuje na jego czole kilka zmarszczek, a głos przechodzi raczej w bardziej błagalną formę. Odkrywa kołdrę z mojego ciała, wiedząc, że to zazwyczaj wyprowadzało mnie z równowagi. Jednak nie dziś. Przygląda mi się intensywnie. Spiera dłonie na biodrach. I wyczekuje jakiejkolwiek reakcji z mojej strony. Widzę go przez zmrużone oczy. Wygląda jak starsza pani z koła gospodyń. Przyklęka obok łóżka opierając się na materacu.-Proszę Cię wstań. Uśmiecha się lekko, zabierając włosy z mojej twarzy. 
-Dlaczego mi to robisz? Jęczę z niezadowoleniem, siadając na łóżku. 
-Zrobiłem Ci śniadanie. Tłumaczy z zadowoleniem z samego siebie najwidoczniej. 
-Tylko dlatego mnie budzisz? Patrzę na niego przez ciężkie powieki. Wygląda tak świeżo, jego twarz nie wygląda już na tak poobijaną. 
-Tak. Uśmiech staje się na tyle duży, że widzę szereg jego zębów.
-Poważnie. Irytuję się. 
-Poważnie, mamy jedno auto ja muszę skoczyć do firmy, a ty chciałaś zakupy. Przypomina mi poprawiając swoją ciemnobrązową marynarkę. -Wstawaj. Mówi jeszcze raz wychodząc z sypialni nienagannym spacerkiem. 
-Zadowolony? Pytam rozkładając lekko ramiona w geście podania, gdy wchodzę do kuchni, gdzie siedzi chłopak. Czuję się jakbym wczorajszego wieczoru nieźle się spiła. Poprawiam moje rozczochrane włosy podchodząc do kuchennej wyspy. 
-Świetnie wyglądasz w majtkach. Stwierdzam upijając łyk jak miewam herbaty. Prawdziwy pan biznesmen z filiżanką i gazetą w ręku. Czas, w którym wstydziłam się być skąpo ubrana przy Stylesie chyba minął, widział już na tyle dużo, że nie mam się z czym kryć.
-Gdzie moje śniadanie? Nie zauważam nic co mogłabym zjeść, ani śladów tego, że chłopak na prawdę podjął się trudu przyrządzenia jedzenia, zawsze wtedy zostawia ogromny bałagan. A kucharzem jest całkiem dobrym, więc dlaczego miałby nie gotować?
-Ubierz się, uczesz, pomaluj i pojedziemy na śniadanie. Tłumaczy formalnie. 
-Nienawidzę Cię. Burczę wychodząc z kuchni, czując jego oczy na moim pośladkach. 
-I vice versa kotku. Uśmiecha się teraz pewnie. Jestem zadowolona ze wszystkiego co się wydarzyło. Wchodząc do sypialni mijam się z rozbrzmiewającym się dzwonkiem do drzwi. -Otworze. Harry stuka wyraźnie swoimi ukochanymi zamszowymi pantoflami po kaflach. Znikam w naszej niekoniecznie wielkiej garderobie w celu znalezienia czegoś odpowiedniego do ubrania. Słyszę tylko jakieś niskie glosy z drzwi. Wyjątkowo nie kusi mnie sprawdzić, kto odwiedził dziś loczka. Ostatnio często odwiedzał nas kurier, chłopak, który przywoził nam kilka razy w tygodniu zakupione na internecie detale do mieszkania cieszył się hojnością Styles'a. Może to znowu On. Calikiem sympatyczny chłopak. Zastanawia mnie fakt, czy ludzie są dla Harry'ego uprzejmi przez zawartość jego portfela, czy po prostu loczek wzbudza w ludziach sympatię i szacunek. Osobiście mogę przyznać, że od samego początku wzbudzał we mnie sympatię. Bardzo silną sympatię. Wychodzę z zestawem ubrać na ramieniu i pośpiesznie wchodzę do łazienki. Wiem, że za moment ponownie będę poganiana. Przy Harry'm najważniejsze jest to jak się ubierasz. Najlepiej jeśli ubierasz się szybko. -Madison? I oto pojawia się wielki głos bruneta o nieziemskim uśmiechu.
-Tak wiem, zaraz kończę. Odpowiadam. Często czuje się jak na jakimś wyścigu, czy On nie jest w stanie zrozumieć, że jestem kobietą, a nie robotem? Pudruje pośpiesznie twarz, żeby doprowadzić się do jakiegokolwiek ładu. Ubieranie się to nie lada wyzwanie będąc u jego boku. Dziś za pewne będę mu towarzyszyć w firmie, nie mogę więc wyglądać zbyt luźno. Szczerze nienawidzę obcisłych obrać. Ale ołówkowa spódnica to jedyna rzecz, jaką zdążyłam wygrzebać. -Alis dziś pracuję? Pytam naciągając na nogi cienkie, ciemne rajstopy.
-Za coś jej w końcu płacę. Oznajmia stając w progu łazienki, zapina swój zegarek spoglądając wyczekująco na wskazówki. To strasznie denerwujący gest.
-Śpieszę się przecież.
-Przyniosę Ci buty. Mówi poprawiając kołnierzyk koszuli i znika. W ciągu kilku sekund odniosłam wrażenie, że jest czymś zdenerwowany i nie chodzi tutaj o czas. Poprawiam włosy i maluję lekko usta, gdy Harry zjawia się ponownie w łazience wręczając mi parę czarnych szpilek.
-Masz oko. Uśmiecham się z uznaniem zakładając wybrane przez niego buty. Ma wyczucie, zna moje rozmiary i gust, zawsze gdy coś kupuje trafia idealnie. -Stało się coś? Pytam zapinając kolczyki, gdy przechodzę przez pomieszczenie, aż spotykamy się przed drzwiami. Harry pomaga mi założyć czarną ramoneskę. Czasem jest trochę jak mój osobisty stylista, nie zdążyłam się namyśleć a on wiedział, co powinnam założyć na wierzch.
-Ładnie wyglądasz. Mówi otwierając mi drzwi przed nosem. Kontem oka przekraczając już próg zauważam tylko brązową torbę położoną na podłodze na drzwiami.
-Kto u nas był? Pytam z lekkim niepokojem poprawiając włosy. -Ja poprowadzę. Łapię jego dłoń, w której zaciska kluczyki od BMW. -Proszę? Uśmiecham się pogodnie, gdy ten patrzy na mnie pełen chłodu i nie chce oddać kluczyka.
-Nie. Odpiera otwierając mi drzwi pasażera. -Wskakuj. Omija mnie spojrzeniem patrząc w dal przez siebie, jest taki chłodny. Zaklinam tego, kto nauczył go takich zmian zachowania. -Gdzie jedziemy zjeść? Pyta skupując się na cofaniu.
-Może jednak ja poprowadzę. Ponawiam przyglądając się mu uważnie.
-Nie będę cipą, dam sobie radę. Oznajmia to w taki sposób, że rezygnuję z jakichkolwiek dalszych sprzeciwów.
-Kto dzwonił do drzwi? Pytam ponownie, torba przecież nie wzięła się znikąd. Harry wyjmuje mój telefon z kieszeni marynarki i wręcza mi go.
-Ethan odwiózł twoje rzeczy i telefon. Wyjaśnia, a jego irytacja jest widoczna w postaci zmarszczki pomiędzy brwiami.
-Zostawiłam je w jego aucie. Mówię ukrywając moją niezręczność poprawiam włosy.
-Dlaczego próbujesz się tłumaczyć? Pytam i nadal drzemie w nim jakiś chłód. Za-jąkam sie i po prostu milczę. Co tym razem sobie ubzdurał? -Fajny jest, co? Pytam ze sztucznym uśmiechem.
-Nie? Patrzę na bruneta. Wyczuwam jego zazdrość, a sama jestem zażenowana i zdenerwowana. -Zanim cokolwiek jeszcze powiesz pozwól, że Cię upewnię, że go kompletnie nie znam.
-Wiem. Łagodnieje. -Moje pytanie brzmi raczej, dlaczego pozwoliłaś się podwieźć? Pyta sprawnie wjeżdżając w spory zakręt ukrytkiem spoglądając na mnie. -Nie patrz tak na mnie. Rzuca ostrzegawczo, chociaż pozostaje łagodny. -Nie znasz go, to było głupie, że wsiadłaś do jego auta. Mówi, zachowując sie jak moja matka.
-Jak widzisz był w porządku, odwiózł nawet rzeczy. Mówię łagodząc jego pretensję.
-Tak, ale równie dobrze mógł być jakimś świrem. Zawala moje obronne mury, doskonale wiem, że ma rację, całkowitą w tej sprawie. -To było po prostu nieodpowiedzialne Madison. Mówi całkowicie uspokajając siebie, jak i mnie. Nie jestem w stanie się z nim sprzeczać, nie w tej sytuacji, ma rację. Nienawidzę gdy to on jest zwycięzcą. -To miłe, ze widzisz swój błąd. Uśmiecha się triumfalnie. Frajer!
-Lubisz się wywyższać? Denerwuje mnie jego zachowanie.
-Tylko i wyłącznie dominować. Uśmiecha sie i mówi niejednoznacznie, a na moim ciele pojawia sie gęsia skórką, kiedy jego słowa przestaną tak na mnie działać, nawet mnie nie dotknął! -Rozluźnij się trochę. Mówi kładąc swoją dłoń na moim udzie.
-Więc przestań. Śmieje się, gdy dłoń przesuwa w górę i próbuje się wdrapać pod spódnice.
-Nadal masz ochotę na latte? Uśmiecha się kładąc obie dłonie na kierownicy. Sprawnie walczy z bólem, który go nie opuszczał całą noc. Nie spał, ja z resztą też. Słyszałam każde jego poruszenie się i ciężkie westchnięcia. -Strasznie sie zawieszam ostatnio. Trąca mnie lekko.
-Tak, na dużą latte. Akcentuje przedostatnie słowa podkreślając moje pragnienie.
-Dzwonili rodzice Any. Mówi odpinając swój pas, nie kryje się z tym jak mu przykro. Wysiada bezszelestnie a auta, a ja wyrywam się z chwili melancholii i wyskakuję tuz za nim.
-Harry? Wychodzę zza auta, by dotrzymać mu kroku. Ku mojemu zdziwieniu, stoi i czeka. -Proszę nie zaczynaj dnia, od żalu. Mówię jakkolwiek oklepanie to nie brzmi.
-Po prostu ją zwiodłem. Namacalnie czuję jego złość, jego ramie jest napięte. -Obiecałem jej kurwa! Wyżywa się sam na sobie, a ja mam ochotę zapaść się pod ziemie niż oglądać jego załzawione oczy.
-Przestań, proszę. Przytulam go jak skrzywdzonego chłopca. Jego palce mocno zaciskają sie na jego kości nosowej, tak samo mocno zaciśnięte ma powieki. Spuszczone czoło nie pasuje do wizerunku Harry'ego, jakiego znałam do tej pory. -To nie jest twoja wina. Mówię do niego, słuchając szumu miasta. Dla niego nie istnieją porażki, a śmierć tej dziewczyny właśnie nią była. -To przykre. Stwierdzam łagodnie oddając mu chociaż odrobinę współczucia.
-Nie zasłużyła na śmierć. Może i teraz Harry brzmi jak rozpaczająca baba, ale nie jest to nadzwyczajne. Spodziewałam się, że kiedyś emocje przejmą nad nim kontrolę. On nie płacze. Kilka łez, które zgromadziły sie w jego oczach zniknęły, a on pozostał połamany na kilkaset kawałków.
-Nikt nie zasługuje. Tłumaczenie, może i niepotrzebne, ale w tej sytuacji każde słowo jest przydatne. -Chyba przyda Ci sie dobre śniadanie. Uśmiecham się pocierając jego silne barki. -Ana nie chciałaby żebyś się tym przejmował. Mówię starając się go lekko rozluźnić. -Chodźmy. Szepczę zachęcająco. -Zjemy, porozmawiamy.
-Przeprasza. Macha ręką. -Zachowuje się jak ciota, ale..
-To trudne, wiem. Uśmiecham się ponownie próbując go przekonać, że wcale nie śmieszy mnie jego zachowanie. -Każdy ma prawo coś przeżywać. Mówię.

Ostatecznie dotarliśmy do jednej z lepszych restauracji w tym mieście i jak sądzę jednej z ulubionych jeśli chodzi o Harry'ego. Kolejnym celem po obfitym śniadaniu stał się biurowiec ConocoPhillips.
-Ten cały Ethan.
-Co z nim? Pytam przeglądając leżące na wierzchu papiery, Harry zdecydowanie nie dba o porządek na biurku.
-Nie wydaje Ci się, że skądś go znamy? Pytam szukając czegoś w dużym, czarnym segregatorze. Jego pełne skupienie nie koliduje z mówieniem.
-Raczej nie, nie przypominam sobie. Mówię analizując ewentualność widzenia gdzieś tego chłopaka. -Dlaczego?
-Mam wrażenie, że skądś go znam. Mówi krzywiąc się.
-Może mieszka niedaleko. Stwierdzam opadając na fotel prezesa.
-Możliwe. Zamyka segregator z bystrą miną.-Kawy? Uśmiecha się spierając się dłońmi na podłokietnikach fotela. -herbaty, seksu? Cóż, tak jak mówiłam Harry potrafi skakać z nastroju w nastrój zupełnie jakby trenował to z premedytacją.
-Oszalałeś, masz tutaj bardzo ciekawską sekretarkę, która już kiedyś weszła nieproszona. Mówię przypominając sobie jej minę, gdy zobaczyła półnagiego Styles'a. To był jeden z zabawniejszych widoków.
-Alis. Harry wdusza przycisk swojego telefonu stojącego na biurko. -Zrób sobie przerwę kochanie, idź na kawę. Mówi, zdecydowanie zaskakując sekretarkę. Niewiele wysiłku zajmuje mu pozbycie się ewentualnych gapiów. Alis nawet nie śmiała protestować. -Widzisz? Uśmiecha się utrzymując poważny ton. -Mało co może mnie powstrzymać, przed tobą. Stwierdza łapiąc guzik mojej koszuli.-Ślicznie pani dziś wygląda, pani prezes. Zaczyna zachowywać się jak niejeden aktor z amerykańskich filmów.
-To nadal nie jest najlepszy pomysł. Mówię podnosząc sie nerwowo z fotela. -Sam stwierdziłeś, że przyda nam się trochę przerwy, powinniśmy odwyknąć od conocnego seksu. Mówię delikatnie siadając na jego kolana, gdy ten zajmuje swój fotel. -Z resztą, możesz mi pomóc znaleźć hotel.
-Hotel?
-Tak hotel Harry, hotel w Londynie.
-Myślę, że coś zaradzimy. Uśmiecha się pogodnie, całując mnie w policzek. -Nowe perfumy? Pomimo tego, że skrywa się za moimi plecami wiem, że jest bardzo zadowolony.
-Świetne, prawda? Uśmiecham się wdzięcznie odwracając lekko w jego stronę. Mówiłam, że ma gust. Mogłabym go spokojnie wysłać na zakupy i nie przejmować się tym, że wybierze coś złego. Przytakuje spierając twarz na dwóch najdłuższych palcach dłoni. -Też mi się podobają. Stwierdzam powracając do przeszukiwania stron internetowych. -Jak myślisz, lepiej coś w nowoczesnego, czy raczej tradycyjnego?
-Po prostu wybierz Plaze. Mówi z powagą profesjonalisty. -Dobry widok, centrum, a przede wszystkim bardzo komfortowy. Zachęca.
-Tak uważasz? Upewniam się. Nie jestem specjalistką w wyborze hotelu, mam jeszcze małą praktykę w tej sprawię.
-Najważniejsze to Spa, jest podobno rewelacyjne. Przekonuje mnie jednym muśnięciem ramienia.
-Chyba się zdecyduję. Przytakuje jego wyborowi, po raz któryś. Dobrze mieć obok kogoś, kto zna się na rzeczy. -Napisz do Jonathana. Wyprzedzam fakt, ostrzegając Harry'ego. Jego zazdrość potrafi przeradzać się w jeden wielki wrzask, który z pewnością nie działa pouczająco a raczej drażni mnie jeszcze bardziej.
-Mam nadzieje, że pokoje w osobnych skrzydłach. Mówi wyprostowując się na fotelu tym samym wyraźnie wskazując mi na to, że powinnam wstać.
-Jeszcze jakieś życzenia?
-Ironia?
-Zawsze. Uśmiecham się skierowując całą swoją uwagę w telefon i pisanie maila do Jonathana.
-Gotowa na zakupy? Pyta lekko zdenerwowany.
-To chyba ja powinnam się Ciebie zapytać. Odkładam telefon nakierowując moją uwagę na chłopaka.
-Nawet nie wiesz jak bardzo mi się nie chce. Mówi ponownie rozsiadając się wygodnie w fotelu.
-Zostań tutaj, a ja wrócę za kilka godzin. Stwierdzam. -Tylko daj mi kluczyki i dokumenty.
-Markus zawiezie Cię gdziekolwiek będziesz chciała. Uśmiecha się cwaniacko wybierając jeden z przycisków na telefonie stojącym na biurku. -Przekaż Markusowi, żeby czekał pod biurem, ma być do dyspozycji jednej pięknej pani. Wpatruje się we mnie i własnie jest w swoim żywiole. Uwielbia rządzić. -Dzięki. Odkłada słuchawkę. -Więc? Wskazuje na drzwi od biura, jakby odsyłał pracownika z biura. To było poniżej mojej krytyki jego szefowskich zachować.
-Jak wrócę skoczymy coś zjeść. Mówię tym razem zarządzając a nie prosząc i opuszczam jego miejsce pracy. Przemierzam korytarze biurowca z ciekawskimi spojrzeniami to z lewej, to z prawej strony zaszklonych biur. Pewność z jaką przemierzam korytarz nie jest taka, jaka może się wydawać osobą dookoła. W głowie krąży mi myśl "tylko się nie potknij" i tak jest prawie zawsze,  jestem całkiem niezdarną osobą. -Markus? Uśmiecham się uprzejmie stając za plecami palącego kierowcy. Ku mojemu zdziwieniu z przody wygląda jeszcze lepiej niż z tyłu. Nie jest tak wysoki jak Harry, ale jego zarost i ciemne włosy mają dużo uroku, jego tęczówki są szczególnie widoczne, garnitur jest dopasowany i wygląda na taki, który szyją na miarę. -Madison. Wyjmuję dłoń przed siebie, chcąc przerwać fascynację tym mężczyzną.
-Milo mi. Uściskuje moją dłoń, a na jego znajduje się niewielki tatuaż, ptak. Wolność? Bo co innego może oznaczać takie wytatuowanie.  -Pozwolisz, że skończę. Nawiązuje do papierosa, żarzącego się w jego dłoni.
-Dotrzymam Ci towarzystwa. Mówię spoglądając na swoje buty. -Jesteś kierowcą? Pytam o coś bardzo oczywistego wskazując rozłożoną dłonią na srebrny Land Rover za jego plecami, na co ten odpowiada kpiącym uśmiechem.
-Dziś wyjątkowo tak. Mówi zadeptując pozostałość toksycznego uzależnienia. Otwiera drzwi samochodu zapraszając mnie do środka.
-Więc czym się zajmujesz? Pytam siadając wygodnie w skórzanym i zimnym fotelu. Zatrzaskuję drzwi i przechodzi pośpiesznie przed autem, aby zająć miejsce kierowcy. -Oprócz tego, że dzisiaj jesteś szoferem?
-Markus Janner prawa ręka twojego chłopaka. Przedstawia się tym razem bardziej profesjonalnie powoli włączając się do ruchu.
-Czym dokładnie się zajmujesz? Pytam zaciekawiona funkcjonowaniem firmy Styles'a.
-Jak widzisz jestem elastyczny. Uśmiecha się kokieteryjnie. -Dzisiaj jestem szoferem, jeszcze godzinę temu byłem na ważnym spotkaniu biznesowym. Zarzuca więc Harry'emu, wykorzystywanie?
-Chyba czujesz się wykorzystywany? Przyglądam się mu uważnie, chociaż staram się tego nie pokazywać. Spostrzegam przebite ucho, jednak nie gości w nim kolczyk. -Nie jesteś typowym elegantem. Stwierdzam lustrując go sprawnie. Wydaje mi się, że nie jestem najgorsza w ocenianiu ludzi.
-Sprawnie. Ukazuje swoje zdziwienie. -To jedno z moich wcieleń. Mówi pociągając gestykulacyjne za marynarkę. -Oprócz modelingu czym jeszcze się zajmujesz? Zadziwia mnie jego widza na mój temat, chociaż nie jest to nie wiadomo jak wiele.
-Niańczę twojego szefa. Żartuję. -Długo pracujesz w firmie.
-Dwa lata. Stwierdza z satysfakcją w głosie. -Możesz rozmawiać z innymi facetami? Jego pytanie wydaje się być absurdalne, dlaczego miałoby być inaczej, przecież nie ma nic, co mogłoby mi w tym przeszkadzać. Milczę chwilę, nie do końca jestem pewna czy dobrze zrozumiałam jego pytanie. -No wiesz, nie chciałbym wylecieć. Śmieję się. - Dokąd jedziemy? Pyta, a ja czuję zagotowanie, Harry nie jest nikim, kto mógłby układać moje życia w tak wielkim zakresie. -Halo? Przypomina o sobie.
-Możesz mnie wywieźć nawet na koniec kraju na te zakupy. Mówię nie będąc w stanie opanować złości, którą w tym momencie mam ochotę wyładować na Stylesie. -Uważasz, że Harry jest zaborczym człowiekiem? Nakierowuje się nerwowo na niego luźno kładąc ręce na nogi.
-Pan Styles jest poważną osobą i nie chciałbym w jakikolwiek sposób go oceniać. Wymiguje się, cóż rozumiem, że nie czuję się pewnie, faktycznie uważają nas za parę, ale to wcale nie jest przesłuchanie.
-Pytam poważnie, On się nie dowie. Przekonuję.
-Wydaje się, że lubi sterować innymi. Mówi drapiąc się niezręcznie po zaroście. -Mam rację? Poważnieje i podgląda na mnie.
-Ta. Przytakuje mu skinięciem. Zaglądam na mój telefon i odkładam go ponownie do torebki.

***
Dość późny wieczór przyprawia mnie o lekkie zmartwienie tego, jak Harry zareaguje na mój powrót. Nie przejmowałam się tym do czasu, gdy Markus dojeżdżał coraz bliżej domu. Nie spodziewałam się, że jest taki szarmancki i interesujący. Wykazał się ogromną cierpliwością czekając na parkingu przed centrum handlowym. -Więc jesteśmy. Mówi wyłączając silnik.
-Dzięki.
-Ja dziękuję za wspólny obiad. Uśmiecha się uprzejmie. Tak, to był bardzo miło spędzony czas. Jak mało kto potrafi zauroczyć kobietę samą rozmową. -Pomogę Ci. Mówi wysiadając z auta. Wygrzebuje z tylnej kanapy torby z moimi zakupami.
-Więc to koniec twojej pracy szofera. Mówię dotrzymując mu kroku do drzwi.
-Nie miałbym nic przeciwko, gdybyś porwała mnie na zakupy po raz kolejny. Dodaje z nadal uśmiechniętą twarzą.
-Skontaktuję się z tobą w tej sprawie. Odwzajemniam jego uprzejmość, a naszą rozmowę przerywa Harry, który pojawił się właśnie w drzwiach. -Emm..część. Zawracam sie do lokatego, którego twarz zalana jest złością.
-Wezmę to. Mówi przejmując torby z rąk Markusa. -Dzięki. Wręcza mu kilkaset dolarów. Bardzo hojny gest. Spojrzeniem prędko odsyła chłopaka do auta.
-Cześć. Markus wydaje się być onieśmielony i nawet lekko stłamszony.
-Do zobaczenia. Mówię czując się niezręcznie.
-Dobranoc. Skierowuje się do nas obojga i truchtem wraca do auta. Przekraczam prób niechętnie wchodząc w to bagno, które za moment się tutaj pojawi.
-Mało tego. Łagodny i ku mojemu zaskoczeniu z jego ust nie wyskoczyła masa pretensji.
-Mało? Uśmiecham się z absurdalną reakcją.
-Jak na tak wiele czasu spędzonego z Markusem. No i mam! To czego właśnie oczekiwałam.
-Nie zaczynaj. Rzucam zdenerwowana jego zachowaniem.
-Mieliśmy..
-Tak mieliśmy zjeść razem obiad, przepraszam. Pośpiesznie ukazuję skruchę, chcąc uniknąć wchodzenia w konflikt ze Styles'em. -Doskonale wiesz, że nie jesteśmy dla siebie jakimś ograniczeniem. Mówię składając kolejne zdobycze.
-Chodzi mi raczej o to, że mnie wystawiłaś. Mówi wyraźnie podbudowany emocjami.
-Harry. Patrzę na niego z tak wielkim poirytowaniem jakie tylko mogłam wymalować na mojej twarzy.
-Mam racje. Upiera się przy swoim kładąc się na łóżku. Tradycyjnie wyjmuje telefon i trzyma go przed twarzą. -Gdybyś nie powiedziała, że mamy plany, wcale bym się nie zdenerwował.
-Jeśli masz zamiar rozmawiać ze mną, to naucz się, że trzymanie telefonu przed ryjem nie jest najlepszym pomysłem. Mówię z nerwami wychodząc z sypialni.
-Dlaczego wiecznie masz jakieś problemy? Mówi idąc za mną i wymachując rękoma, jak ostatni histeryk.
-To Ty je masz. Wypieram się jego oskarżeniom. -Jestem w tym domu tą osobą, która zawsze siedzi cicho i słucha tego co Ty masz do powiedzenia. Dodaje powstrzymując gniew, to nie jest dobry sposób na zbesztanie Harry'ego, stoicka cierpliwość to jedyna metoda na tego faceta.
-Przesadzasz. Emocje wyraźnie opadają, kiedy Harry siada przy kuchennym barze przyglądając mi się niecierpliwie. -Wcale tak nie jest. Kpi lekko.
-Mała zmiana planów. Oświadczam zmieniając drażliwy temat. Nie jestem fanką sprowokowanego Stylesa. -Jakich planów?
-Wylatuję jutro. Tłumaczę nalewając zimnego mleka do szklanki. -Rozmawiałam z Jonathanem i doszliśmy do wniosku, że polecimy wcześniej. Mówię.
-Doszliście do wniosku. Uśmiecha się. -Po co mi to mówisz? Pyta z głupkowatym wyrazem twarzy.
-W sumie to nie wiem, gówno Cię obchodzę, chodzi tylko o dobry seks. Wzruszam ramionami z kamienną twarzą. -Napij się, ochłoniesz. Stawiam mu szklankę pod nos wychodząc z kuchni. Jestem o krok od przejścia do salonu, gdy zza moich pleców rozlega się dźwięk zbitego szkła. Wiem, że strącił szklankę specjalnie, nie oglądam się tylko podtrzymuję moją stanowczość i znikam mu z drogi, nie mając zamiaru narażać się na jego wyrzuty sumienia. W miarę pośpiesznie udaję się do sypialni, nie jestem w stanie wytłumaczyć tego, ale tylko tutaj czuję się bezpiecznie, gdy tylko wchodzę jest mi cieplej i lżej. Wraz z dźwiękiem zatrzaskujących się drzwi do domu na łóżku rozbłyska iPhone Harry'ego. Oglądam się za siebie wiedząc, że w furii wyszedł z domu. Mam pewność, że nie weźmie auta, kluczyki nadal leżą na narzucie. Biorę głęboki wdech nie dopuszczając do siebie jakiegokolwiek strachu. Czasem mam dość martwienia się o to, co ma zamiar zrobić. Odblokowuję jego telefon. Nie jestem wcale zaskoczona wiadomością od Alis. Zabolałoby, gdybym dziś nie zdała sobie sprawy jak luźne relacje nas łączą, z punktu widzenia Harry'ego. Odrzucam telefon ponownie na łóżko. Wygrzebuję spod kołdry moje szorty i koszulkę. Skąd we mnie tyle obojętności? Nigdy dotąd nie byłam tak skupiona na sobie. Przecież to nie chodzi o Niego, tutaj chodzi o mnie, nie powinnam układać się pod jego plan dnia, ani życia. Co najwyżej powinniśmy się dopasować, ale tak poważnie. Zamykam się w łazience, kolejne miejsce gdzie mogę uciec przed egoistycznym Styles'em. Zdejmuję leniwie moje ubrania i przyglądam się samej sobie w lustrze. Przekrzywiam się lekko i widzę w każdym miejscu gdzie znajdowały się sine malinki lekkie zaczerwienienia. Znikają powoli. Znikają tak samo jak Harry. Brzydzę się ich. Są okropne. Zaplatam lekko dłonie na karku i przekręcam głowę pozwalając moim mięśniom się zrelaksować. Odkręcam strumień wody pod prysznicem po czym pozwalam wodzie zalać całe moje ciało.  Mogę odetchnąć, sama ze sobą, chyba tego mi było trzeba. Chwilę przemyślenia tego wszystkiego i znalezienia złotego środka.

Przecieram moje mokre włosy po raz kolejny ręcznikiem. Do domu wraca Harry, po moich gołych stopach przelatuje zimno zza otwartych drzwi. Jest na pewno spokojniejszy wnioskując po tym jak zamyka za sobą drzwi i odkłada klucze. Niezły wynik, nie było go przez pół godziny. Wracam się do łazienki, by rozwiesić tam mokry ręcznik. Cisz panująca w całym domu jest bardzo sprzyjająca mojemu nastrojowi, nie mam ochoty na krzyki, głośność i hałas. Zabieram koc, który zawsze leży w stopach na łóżku. Wchodzę w milczeniu do salonu z całym ekwipunkiem niezbędnym do spania. Rzucam poduszkę na skórzaną tapicerkę tak samo opadając na kanapę, przykrywam się miły, pluszowym kocem. Wyciągam dłoń i przejmuję pilot leżący na stoliku. Wiem, że Harry mi się przygląda, milczy stojąc w kuchni. -Byłem na spacerze. Mówi niskim i łagodnym głosem zatrzymując się w przejściu pomiędzy dwoma pomieszczeniami, w których się znajdowaliśmy.
-Yhym. Pomrukuje przerzucając kolejne kanały. Próba nawiązania ze mną rozmowy nie do końca mu się udała.
-Będziesz tutaj spać? Pyta tym razem stojąc za oparciem kanapy.
-Tak. Odpowiadam chcąc go zbyć. Wychodzi w milczeniu i jak miewam ma zamiar wziąć prysznic. Noc bez Harry'ego obok powinna mi pomóc, a raczej pokazać mu, że powinien zmienić swoje zachowanie i nastawienie do wszystkiego i wszystkich co mnie otacza. Nie jestem jednak tak bardzo obojętna, gdy jest w domu. Wraca się z pokora do salonu. -Już idę. Mówię odkładając pilot. Podążam za nim bezszelestnie do łazienki, zdejmując jego koszulkę. Przełykam ciężką gule śliny wraz z jego skwaszonym wyrazem twarzy. Gdy jego twarz wyłania się ponownie spod koszulki, którą przeciągnęłam mu przez głowę, widzę najsmutniejsze spojrzenie do tej pory. Patrzę na niego ze zdumieniem i równym żalem jak On na mnie.
-Jutro pogrzeb. Mówi opuszczając wzrok na podłogę. -Muszę wcześnie wyjechać. Mówi odbierając swój t-shirt z moich słabnących na sile dłoni. Poprawiam kosmyk włosów wychodząc i zamykając za sobą drzwi. Spieram się o nie i przez moment wyczekuję, aż usłyszę strumień wody. Gdy oczekiwany dźwięk dotarł do moich uszu wróciłam do salonu i oglądania telewizji. Był smutny, ale powinien pobyć sam ze sobą, najlepszy sposób radzenia sobie z rozterkami. Zastanawiam się, jak wiele czasu musi upłynąć, żeby zobaczył, że jestem ja a jej już nie ma. Mogę naprawdę zadbać o niego i o rozpalenie jego uczuć, w każdym aspekcie, ale po co mam to robić, kiedy nie jestem kimś równie ważnym jak Ana. Powinnam biec teraz, nie odwracając się w tył na niego. -Zgasić Ci światło? Pyta skubiąc paznokciami rów ściany łączącej hol z salonem. Kiwam twierdząco głową. -To dobranoc. Mówi stłamszony.
-Dobranoc Harry. Przykrywam się dokładnie kocem odkładając pilot. Marne kreskówki lecące w TV są moim jedynym towarzyszem.

Kanapa nie należy do najwygodniejszych jeśli leży się na niej już kilka godzin. Jest tak bardzo cicho, że słyszę szum Houston, pomimo tego, że nie mieszkamy w centrum. Wsłuchuje się w Harry'ego, który z mozolnymi wzdychnięciami przewraca się na łóżku. Zamykam oczy wtulając się jeszcze mocniej w poduszkę, kiedy słyszę kroki Styles'a. -Śpisz? Szepcze zatrzymując się na wejściu do salonu, patrzę na jego ciemną posturę, ciemność pomaga mi ukryć, to że wcale nie śpię, milczę patrząc na niego.  Wydaje się być zrezygnowany odwraca się.
-Nie. Odszeptuję struchlałym głosem. -Nie śpię. Mówię siadając przykryta kocem na skórzanej i lepiącej się do mnie powłoce. -Dlaczego nie śpisz? Pytam zgniatając pomiędzy palcami tkanin. Wraca się nieznośnie stukając gołymi stopami po zimnej podłodze. Zajmuje miejsce zaraz obok mnie siadając po turecku. Szare dresy opuszczone nisko na jego biodrach tworzą coś na wzór hamaka pomiędzy jego nogami. Uśmiecha się pod nosem patrząc się przed siebie.
-Jak Cię zobaczyłem wtedy na sali. Mówi przypominając mi nasze pierwsze spotkanie. -Uznałem Cię, za kogoś bardzo śmiesznego i chodziło mi o twoje zachowanie. Rozwija myśl, a ja w milczeniu słucham tego, co ma do powiedzenia. -Wydawałaś się strasznie niezdarna, najlepsze było to, gdy mnie zjechałaś. Śmieje się lekko.
-Cóż, nie jestem przyzwyczajona do bycia deptaną.  Mówię krzywiąc się lekko.
-Żadna kobieta nigdy nie potrafiła być w stosunku do mnie wredna. Stwierdza nie unikając wspomnienia o swoich ilościach adoratorek. -Wszystkie robiły słodkie oczka i chichotały się jak idiotki.
-Bycie innym nie zawsze oznacza bycie gorszym. Mówię nie ujmując chociażby polowy uczuć z jakimi ten opowiada.
-Pomyślałem "cholera! jest rewelacyjna" więc postanowiłem, że Cię gdzieś porwę.
-Ambitnie. Przyznaję chowając resztki dumy do kieszeni.
-Jak zobaczyłem jak bardzo się mnie boisz w Japonii doszedłem do wniosku, że powinienem uciekać od Ciebie jak najdalej. Opowiada o wszystkim co mu towarzyszyło nie tracąc krzty uczucia.
-To chyba ja powinnam chcieć uciec.
-Myślałem, że jestem dla Ciebie jakimś zagrożeniem i nie chciałem być w pobliżu, tak serio to nigdy nie kręcił mnie twój strach. Mówi krzywiąc się przecząco. -Mam wrażenie, że nadal tak jest. Kwestionuje.
-Nie boje się. Zaprzeczam mu, czuję się bezpieczna obok, a to jak zezłościć się potrafi tylko upewnia mnie w tym, że nikt inny nie jest w stanie mi zagrozić. -Denerwujesz się zbyt często. Tłumacze mu moje spostrzeżenia, nie jestem zdania, że powinien być spokojny i potulny, ale powinien zatrzymywać niektóre emocje.
-Denerwuje się tylko dlatego, że się interesuje, przejmuję i chcę dbać o Ciebie. Wzruszyłabym się każdym tym słowem, gdyby nie to, że próbuj utrzymać lekko chłodniejszy klimat pomiędzy nami. -Nie chodzi tu tylko o seks. Przemawia do mnie zupełnie jakby mi to wykrzyczał, tak bardzo uderzają mnie te słowa.
-Więc oprócz seksu, o co? Ostatecznie odwracam się w jego stronę przyglądając mu się w stoickim spokoju.
-Jesteś jak dobry kumpel wiesz? Uśmiecha się. -Nie jestem dobry w uczuciach, ale przyznam teraz, że bardzo mi pomagasz.
-Nie robię przecież nic. Stwierdzam.
-Gdyby nie ty dawno bym ześwirował przez firmę, kasę przepieprzył bym na alkohol i kobiety i nigdy nie miałbym czasy na odpoczynek. -Uwierz, że nigdy nie byłem osobą, która lubiła po prostu lenić się na kanapie.
-Nie rozumiem co się zmieniło?
-Tak długo jak nic nie robię z tobą jest to okey, jak masz sesje bądź pokazy to nie potrafię tutaj być.
-Aktywność to lepsza forma wypoczynku. Mówię.
-Dlatego właśnie uprawiamy seks.
-Więc dlaczego jestem jak dobry kumpel? Śmieje się pod nosem wyobrażając sobie Harry'ego i jego kumpla od samochodów i brudnych spraw z Japonii, nigdy chyba nie zapamiętam jego imienia.
-Bekasz jak facet. Mówi zawstydzając mnie totalnie. Co to, to nie Styles! -Co? Myślisz, że tego nie słyszę?
-Wcale tak nie jest. Zaprzeczam.
-Serio bekasz jak świnia, gdy jesz śniadanie sama. Nadal się ze mnie naśmiewa.
-Jesteś okrutny. Wywracam oczami. -Dlaczego jeszcze jestem jak kumpel, bo bekanie sie nie liczy!
-Rzucasz mnie skarpetami i bielizną w twarz, to mało kobiece. Wymienia kolejno.
-Gdybyś nie rozrzucał brudnych skarpet i gaci po domu wcale bym tego nie robiła. Zarzucam mu jego bałaganiarstwo.
-To całkiem przyjemne, pomimo faktu że też ohydne, że jesteś trochę jak...
-Twoja matka? Uśmiecham się łagodnie zaciskając usta w cienką linię.
-Chyba tak. Drapie się tuż pod okiem zakrywając zmieszanie. -Właściwie to nie wiem jak to jest, ale skoro jest tak, to fajnie. Stwierdza z wymownym ruchem dłoni. Jego policzki zaokrąglają się gdy zwraca na mnie uwagę. To nieznośne. Nauczyłam się od niego ciągłych zmian nastoi. -Idziesz do łóżka? Pyta słabnąc na tonie.
-To nie najlepszy pomysł. Obdarzam go uśmiechem nie pokazując niechęci.
-Idź się połóż, a ja prześpię się tutaj. Mówi. -Będę musiał wcześnie wstać, nie chce Cię budzić. Mówi.
-Jesteś wciąż obolały, poradzę sobie, kanapa nie jest najgorsza. Skłamałam.
-Nie potrafisz kłamać, nic mi nie będzie. Uśmiecha się wyganiając mnie. -Proszę idź. Przymyka zmęczone oczy. -Jeszcze kiedyś pogadamy. Obiecuje, na te słowa po prostu się podnoszę i udaje do sypialni tak jak mnie prosił. Zamykam się ponownie w sobie i analizuje wszystko co powiedział.

__________________
Miło spędzone popołudnie, za które Ci dziękuje. Odezwij się kiedyś. M Xx