piątek, 21 lutego 2014

VI

_________

Przeciągam się energicznie wyszukując dłonią telefonu pod poduszką. Dzień dobry :) Uśmiecham się do telefonu, a właściwie wiadomości od Harry'ego. Wysłał ją trzy godziny temu. To dziwne, jest dopiero dziesiąta. Więc wstał o 4 nad ranem, bądź tylko napisał wiadomość i śpi słodko nadal. Idealna cisza i nic czym mogę się teraz przejmować. Piękny poranek. Myślałam dość długo jak podejść Harry'ego i przestać żyć w wolnym związku. Jeśli tym to właśnie jest. Niestety nic mądrego nie wymyśliłam. Jedyne co można nam przypisać to status na facebook'u ,,To skomplikowane ♥ " ugh! Mam straszną ochotę na dobrego pączka. Chociaż wiem, ze nie powinnam, to właśnie tego teraz pragnę, jakiegoś mega słodkiego śniadania, zapominając o kaloriach. Zawijam się we wiąż ciepłą kołdrę i idę do bagaży. Nie wyjęłam z nich nic a nic. Wracam się jeszcze raz, aby spojrzeń za okno. Pogoda nie wydaję się być najgorsza. Jesień wstąpiła w świat wielkim krokiem i wcale mnie to nie uszczęśliwia. Przynajmniej nie pada. 
-Wstałaś? Odbieram telefon i wcale nie spodziewałam się, telefonu od Marcus'a. 
-Skąd masz mój numer? Dziwię się i wcale nie jestem zadowolona. -I jeśli to też wlicza się do zapewniania mi bezpieczeństwa, to tak wstałam. Bąkam. 
-To dobrze, gdybyś wychodziła z hotelu daj znać. Nakazuje rozłączając się. A to co miało znaczyć? Do cholery, czy takie zadanie dostał od Harry'ego, czy po prostu żartuje sobie ze mnie? Przyznam się szczerze, że mogłabym zgodzić się na "ochroniarza" jeśli to w jakikolwiek sposób, miałoby przyczynić się do tego, że Harry zdecyduje się na kolejny krok w naszej owocnej znajomości. Jednakże pozostaję przy tym, że to niedorzeczne, nie jestem ani sławna ani zagrożona w żaden sposób, więc po co ta cała szopka. Ubieram się i szykuję do wyjścia z pokoju. Stając w łazience ponownie spotykam wzrokiem malinki, które zostawił mi Harry. To obleśne. Przejeżdżam dłonią po skórze, dokładnie po głębszych partiach dekoltu. Nie rozumiem jego zafascynowania w zostawianiu na mnie tych sinych znamion. Wyglądają jakby ktoś użył wobec mnie przemocy, a tak nie mogę nazwać seksu ze Styles'em. Nie uderzył mnie, czasem jego dłonie zaciskają moje ciało zbyt mocno, ale staram się nie zwracać na to uwagi. Z resztą kto byłby zadowolony z "waniliowego seksu", wiąże się z nim zbyt wiele uczuć, więc Harry nie podejmuję się takiego ryzyka, a ja nie mam zamiaru go naciskać, zmuszać, ani rezygnować ze zbliżeń z nim Zakrywam zassane kawałki skóry bluzką. Jest czarna i prześwitująca, ale nie na tyle, aby było widać sine miejsca. Są one same w sobie coraz mniej widoczne. Chyba faktycznie jestem odmieńcem, przypuszczam, że większość kobiet lubi takie erotyczne zabawy jakimi jest robienie malinek, mnie one nie jarają w żaden sposób. Nic w sumie nie jest w stanie poruszyć mojej sfery intymnej poza Harry'm. Samym Harrym, jako osobą, nie jako kimś kto potrafi wiele trików i ma sporo metod. Jest sam w sobie doskonałą definicją seksu. Jest pewny siebie i nie pozostawia wiele do życzenia. Wie jak zająć się kobietą.  W każdym aspekcie. Jest skrycie typem romantyka, chociaż się do tego nie przyznaje. Wyszukuję w bagaży portfel. Przeliczam banknoty, większą część zostawiam zakopaną pod ubraniami. W razie, gdyby ktokolwiek raczył mnie okraść, nie stracę wszystkiego.
-Idę na śniadanie, a później jadę do miasta. Oznajmiam Markusowi stając przed drzwiami jego pokoju.
-Będę gotowy za piętnaście minut. Mówi denerwując mnie jeszcze bardziej.
-Ustalmy coś. Jestem poirytowana do granic możliwości, mam ochotę zachować się teraz jak wielka diva, ciężko mi jest powstrzymywać moje ambicje i wygórowane mniemanie o sobie. -Nie jesteś moim aniołem stróżem. Uświadamiam mu to, jak bardzo nie pasuje mi jego kontrolowanie każdego mojego ruchu.
-Robisz niepotrzebne problemy. Krzywi się lekko wyprowadzony z równowagi. -Chcesz czy nie, muszę zapewnic Ci bezpieczeństwo i tyle.
-Obiecałam Ci, że nie powiem Harry'emu, iż wiem po co tutaj jesteś. Przypominam mu łaskawie. -Wiec proszę Cię daj mi odetchnąć. Spuszczam lekko moje nerwy, nie chcąc psuć sobie początku dnia całkowicie. -Pojadę do miasta z Jonathanem, nic mi się nie może stać. Zapewniam go, próba przekonania go do całkowitego odpuszczenia sobie jego misji specjalnej.
-Dobra, ale masz być pod telefonem. Odpuszcza sobie ku mojemu zadowoleniu.
-Dziękuje mamo. Przymykam lekko oczy robiąc tak przesłodzony i sztuczny uśmiech jaki tylko potrafiłam wymusić na mojej twarzy. Odchodzę ze spokojem. Przynajmniej nikt nie będzie za mną łaził i odstraszał ludzi.

Dopełniając wszystkich "formalności" siedzę ostateczni przy stoliku i delektuję się śniadaniem. Smakuje ono stokroć lepiej, kiedy nie muszę go sobie sama przyrządzić. -Cześć. Szepczę cienkim głosem do telefonu, nie będąc przekonana, czy Harry naprawdę już nie śpi. W Ameryce jest bardzo wcześnie. -Obudziłam Cię?
-Jestem w trasie. Oznajmia łagodnym i zmęczonym głosem. -Jak tam?
-Dzwonię, żeby podziękować za kwiaty. Uśmiecham się na samo wyobrażenie tego, jak urocze byłoby to, gdyby wręczył mi je osobiście.
-Kwiaty? Odchrząkuje, wyraźnie się zaniepokoił, co próbuje zrobić?
-No tak, wczoraj wieczorem obsługa wstawiła je do pokoju. Marszczę brwi machając ręką aby Jonathan po prostu usiadł, bo widziałam jak jego usta już sie otwierają, żeby tylko coś powiedzieć.
-Ahh, kwiaty. Orientuje się najwyraźniej o czym mówię.  -Podobają się?
-Tak są bardzo ładne. Chcę go również w ten sposób ucieszyć. -Jakie masz plany na dziś?
-Masz ten bukiet w pokoju? Dopytuje się coraz bardziej mnie dziwiąc.
-No tak, a gdzie miałabym je mieć? Zarzucam mu wyraźnie absurdalność tego pytania.
-Po prostu pytam. Wzdycha z wyraźnym ciężarem.
-Naprawdę mi się podobają Harry. Uśmiecham się spoglądając na niecierpliwiącego się pana fotografa. Cholera co za w gorącej wodzie kompany typ.
-Cieszę się. Nie brzmi jednak za zadowolonego z siebie, mam wrażenie, że coś go gryzie.
-Nie brzmisz na zadowolonego. Stwierdzam napierając językiem na zęby, zaczynam się niepokoić jego kamiennym nastrojem. Nawet przez telefon wyczuwam, że jest spięty. -Chcesz mi coś powiedzieć? Łagodnieje, nie chcąc go spłoszyć moja ciekawością.
-Wszystko jest w porządku. Zbywa moja podejrzliwość. -Mam po prostu dużo na głowie, jeszcze ten pogrzeb, jestem po prostu zmęczony.
-Zrób sobie kilka dni wolnego. Radzę troskliwie.-Bierzesz sporo spraw w firmie na siebie, a tak naprawdę powinieneś tylko siedzieć za biurkiem i co jakiś czas kontrolować obroty. Przytakuję Jonathanowi, który wyraźnie zainteresowany jest moją kartą do pokoju. Chłopak zabiera ją i wskazuje mi, aby tutaj poczekała. Kontynuuję rozmowę z Harrym, nie wnikając w to w jakim celu Jonathan zabrał moja kartę. -Jesteś?
-Chyba masz rację. Przyznaje mi rację i jak wiadomo robi to z bólem. Tradycyjnie. -Widziałaś się z Markusem poza tamtym razem?
-Nie, zdaje się być zajęty. Udaję, że nie znam planu Styles'a i tego jak stara się mnie sprawdzać. -Dlaczego tak Cię to interesuje?
-Czysta ciekawość.
-Dobrze się znacie? Przymykam lekko oczy patrząc w stronę Jonathana, który wrócił do restauracji.
-Porozmawiamy później, dobrze?
-Jasne. Zadziwia mnie lekko to, że się rozłączył. Odkładam telefon. -Gdzie byłeś?
-Zobaczyć kwiaty. Wzrusza ramionami siadając przy stoliku.-Wiesz, że ten twój kolega...
-O kim mówisz? Przychylam filiżankę aromatycznej kawy do ust, nie odbierając sobie tym samym przyjemności, jaką jest jej smak.
-Ten koleś, z którym wczoraj byłam w barze.
-Markus. Oznajmiam. -Co z nim?
-Mam wrażenie, że on, jest po prostu dziwny. Jonathan należy do podejrzliwych osób, a mnie zaczyna poważnie frustrować Markus i jego wszechobecność. Ostatnio dziwne sytuacje chodzą za mną w jakiejś wielkiej grupie. -Łazi za tobą, dobrze go znasz?
-Łazi za mną? Patrzę na niego z lekką dezorientacją.
-Nie odwracaj się. Jonathan uśmiecha się lekko odkładając filiżankę, zauważyłam, że spogląda co jakiś czas mi za ramie, jednak pomyślałam, że siedzi tak jakaś atrakcyjna blondynka. -Siedzi trzy stoliki dalej.
-Może po prostu zszedł na śniadanie?
-Nie, wyraźnie Cię obserwuje. Rozwiewa moje wątpliwości, cóż miałam nadzieję, że jednak nie zależy mu tak bardzo na jego "pracy", Harry nie jest w stanie sprawdzić, czy Markus za mną chodzi, wiec po co ta szopka? -Skąd się znacie?
-Pracuje dla Harry'ego. Tłumacze, nie mając ochoty zbywać go z tematu, może wiedzieć, jest dobrym przyjacielem. -A dla jasności jest moją niańką.
-W jakim sensie?
-Powiedzmy, że jest czymś w stylu ochroniarza.
-Żartujesz sobie? Na jego twarzy widnieje rozbawiony uśmiech. -Harry go wynajął?
-On pracuje w firmie, a teraz jest też tutaj.
-Ja bym się wkurzył.
-Staram się tym nie przejmować, proszę Cię nie podpuszczaj mnie.
-Rozumiem, tylko to trochę chore.
-Najwyraźniej Harry też jest jakiś chory. Wywracam oczami. To zabawne, ale też bardzo ograniczające z jego strony. -Pojedziemy dziś na zakupy, ok?
-Jasne, a On pójdzie z nami. Jonathan skuwa głowa w stronę Markusa.
-Najprawdopodobniej, nie jestem w stanie nic zrobić.
-To krepujące.
-Jeśli dla Ciebie to krępujące, wyobraź sobie jak bardzo krępuje to mnie.
-Zadzwoń do Harry'ego i mu powiedz, że Cię to wkurza. Jonathan podkreśla prostotę zrobienia tego i całkowicie się z nim zgadzam, dlaczego mam to znosić? -No wiesz, nie może być zły, czy coś.
-Całkowicie się z tobą zgadzam.
-Więc w czym problem?
-Markus powiedział mi, po co tutaj jest i obiecałam mu, że Harry się nie dowie. Wyjaśniam.
-Skłam. Odrywa rękę od twarzy. -Przecież nie będzie Cię widział. Radzi jakby nie patrzeć sięgnąć po coś negatywnego. -Nie masz nic do stracenia.
-Zadzwonię później, przed chwilką mu powiedziałam, że go nie widuję za często.
-Jak wolisz.
-Tak wolę. Uśmiecham się uspokajając jego wzruszoną detektywistyczną naturę. -To co, widzimy się za. Spoglądam na telefon. -Pięć minut Ci wystarczy przystojniaku?
-Szczerze powiedziawszy potrzebuję jakiś 30 minut, ale skoro się upierasz. Uśmiecha się żartobliwie.
-No to widzimy się w lobby za 10 minut, zrób się na bóstwo. Żartuje sobie z niego.
-Bardziej już się nie da. Poprawia swoje włosy z komicznym wyrazem twarzy. Podnoszę sie od stolika i odwracam spoglądając na Markusa. Jonathan jest juz przy drzwiach i własnie opuszcza salę. Podchodzę pewnie do stolika, przy którym siedzi mój anioł stróż na najbliższych kilka dni. Wydaje się, że usilnie stara sie skupiać uwagę na swoim telefonię. Zajmuję miejsce na przeciw niego. -Nie jesz nic? Zaczynam od prostego i wręcz banalnego pytania.
-Jakoś nie jestem głodny. Zachowuje się jakby mnie tutaj nie było tylko na sekundę odrywając oczy od telefonu. Ma piękne czekoladowe spojrzenie. -Co Cie tutaj sprowadza?
-Ty i twoja obecność wszędzie gdzie się znajduję. Krzywię się lekko zachowując spokój.
-Taka karma. Uśmiecha się odkładając telefon. Spiera się wygodnie na oparciu i wygląda jak gangster.-Nie do końca jest mi na rękę, że się temu sprzeciwiasz. Oznajmia dość dyplomatycznymi gestami. Czy w firmie Harry'ego wszyscy tak mówią? To okropnie wyrafinowane.
-Byłoby Ci na rękę, gdyby ktoś śledził każdy twój ruch?
-Nie do końca, nie wiem kiedy jesteś w toalecie. Kpi lekko nie zachowując przy tym uszanowania do mojej osoby.
-Dlaczego zgodziłeś się tutaj przyjechać?
-Domyślałem się, że to nie będzie łatwe zadanie. Uśmiecha się siadając prosto. -Jesteś inteligentna, masz humorki i na dodatek należysz do pięknych kobiet. Wykłada mi wszystko na stół.
-Ale?
-Ale lubię wyzwania, piękne wyzwania. Demoluje moje wszystkie ściany, które zapierały mnie przed jakimkolwiek zatracaniu się w jego osobie. Cholera jest przystojny i na dodatek wie, jak zadowolić mój słuch. -Nie bierz tego do siebie, ale nie powinnaś marnować czasu z kimś takim jak Styles.
-Zapominasz, że to twój szef. Upominam go zastawiając nas ścianą, nie powinien pozwalać sobie na takie sugestie.
-Tylko tymczasowo, Harry to dla Ciebie tylko i wyłącznie sprowadzanie problemów.
-Nie wydaje mi się. Krzywię się, mam wrażenie, ze stara się mną manipulować.
-Powinnaś uważać na wszystko co z nim związane. Ostrzega mnie przed czymś? Przed sobą?
-Więc powinnam uważać na Ciebie. Podnoszę się od stolika. Jest manipulantem, owija sobie ludzi wokół palca. Odnoszę wrażenie, że poniekąd owija sobie wokół niego też Harry'ego i ta myśl mnie przerażą.
-Jak tam? Jonathan uśmiecha się szeroko dołączając do mnie w hotelowym lobby.
-Boje się, że Harry nigdy nie poczuje do mnie nawet połowy tego co ja czuję. Otwieram się zupełnie bez powodu i bez skruchy. Mówię to jakbym rozmawiała teraz o jakiejś nowej kolekcji ubrań.
-Kim jesteś i co zrobiłaś z Madison? Jonathan dziwi mi się, jednak wprowadza trochę poczucia humoru widząc moją melancholie. -Przestań o tym myśleć, nie jestem najlepszy w pocieszaniu.
-Mowie poważnie. Wydaje mi się, ze cały czas mam wymalowane przerażenie na mojej twarzy. -Uświadomiłam sobie jak bardzo się go boję. Mówię jak opętana. Wszystko co myślę wychodzi ze mnie w mało ustronny sposób i mało intymnym miejscu. Sytuacja jest kompletnie niedopasowana do moich słów.
-Jak to się go boisz? Fotograf podciąg rękawy swojej koszuli przytrzymując mi drzwi. -Uderzył Cie?
-Nie! Protestuję z automatu. -Nie. Odpowiadam delikatniej i z nieznaną mi ulgą. -Nie wiem, kim dla niego jestem.
-Przecież Cie szanuje, czasem rozpieszcza, nawet czule nazywa.
-Co nie oznacza, że coś czuję. Uświadamiam to sama sobie wydymając lekko usta.
-Oh przestań, nie jest przecież z kamienia. Jonathan zaprzecza mojemu absurdalnemu mówieniu.
-Może robi to wszystko z czystego przyzwyczajenia. Wzruszam ramionami. -No wiesz, zwykł do tego, że jestem i dlatego tak się zachowuje.
-Jest człowiekiem nie? Brunet uśmiecha się.
-Tak? Odwzajemniam jego uśmiech z nutką nieporozumienia. Co za głupie pytanie.
-Więc na pewno coś czuję. Zapewnia i tutaj muszę się z nim niestety, bądź stety zgodzić. To chyba słowa Markusa tak na mnie zadziałały, Harry nie gwarantuje mi niczego, teoretycznie nic od niego nie wymagam, ale spójrzmy, jesteśmy dorośli i powinniśmy stawiać sytuacje jasno. Jestem tylko człowiekiem i potrzebuje zrozumienia i odwzajemnienia, a najbardziej potrzebuje go teraz od Harry'ego. Ugh! Nieosiągalny Pan ze stali, bo tak go nazywam w myślach. Jest trochę jak stal, bo często jest zimny i nie tylko fizyczni. -Przestań już bo za chwilę potkniesz się o jakiegoś gołębia. Głos mojego towarzysza odrywa mnie od rozmyślania, faktycznie ulica, zwłaszcza tak tłoczna ulica to nie najlepszy pomysł na melancholijne przemyślenia.
-Wiesz chociaż dokąd nas prowadzisz? Uśmiecham się do niego wracając do rzeczywistości.
-Spokojnie opanowałem najbliższą okolicę. Stara się przekonać mnie do swoich umiejętności poruszania się po tym mieście. -Bynajmniej na mapie. Śmieje sie sam z siebie, to nie najlepszy znak.
-Błagam Cie nie zgubmy się. Staram się pokazać mu moje przerażenie.
-Twój goryl na pewno do tego nie dopuści. Przypomina mi, że Markus kręci się gdzieś niedaleko, cóż mogłam się tego spodziewać. -To dziwne, ale za razem czuję się jak jakaś gwiazda. Hollywodzki uśmiech pojawia się przed moimi oczami, Jonathan to mistrz zachowań w takich sytuacjach. Cenię go bardzo jako przyjaciela. -Fajnie mieć ochroniarza. Dodaję. W sumie może to i fajne. Dopóki nie narusza mojej prywatności postaram się to znosić. -Może ma tutaj auto?
-Po co?
-Mógłby być jak szofer, taki osobisty, to było mega fejmowskie.
-Nie zachowuj się jak jakiś lansiarz. Uśmiecham sie nieco chamsko. -Jesteśmy tutaj w pracy.
-Taka praca jest zajebista, nie mogę się doczekać pokazu.
-Ja również. Przyznaję mniej entuzjastycznie niż sam Jonathan, który jest w sumie podjarany całym tym show. Staram się zachować zimną krew i zachowywać się normalnie, jakby to była codzienność, nie widzę w tym tak wielkiego cudu jak On, jestem ciągle zestresowana kontraktem z Miu Miu.
-Wiesz w co sie ubierzesz?
-Nie myślałam nad tym. Przyznaję się.
-Jesteś wyjątkową kobietą. Stwierdzam bez emocjonalnie. -No wiesz większość lasek szykuje się na takie rzecz dwa dni wcześniej.
-Cóż, jestem wyjątkowa. I skromna przede wszystkim. -Chyba dzisiaj coś kupię, pomożesz mi wybrać, więc na pewno będzie idealnie. Podlizuje mu się trochę, jako że jest najlepiej zorientowany jeśli chodzi o trendy na całym globie.
-Postawimy raczej na elegancje. Mówi a ja nagle czuję się jakbym była zdrowo po trzydziestce. Za moment przyodzieje mnie w garnitur i wyślę w świat. Elegancja i owszem, ale boję się jak bardzo elegancki strój wybierze mi Jonathan. -Spokojnie, nie założę Ci worka na twarz.
-Sugerujesz mi, że jestem brzydka? Uśmiecham się utrzymując żartobliwą sytuacje.
-Nie nie uważam, że jesteś brzydka. Wyjaśnia. -Jesteś okropna.
-Dzięki. Trącam jego ramie. -To bardzo miłe usłyszeć coś innego.
-Widzisz kolejny punkt do odchaczenia.
-hy?
-Harry uważa, że jesteś piękna, mówi Ci to, prawda?
-Czasem coś wspomni. Wzruszam ramionami a wewnętrznie szczerze się z radością.
-Chyba zrobimy listę.
-Listę? Kpię lekko z jego pomysłu. -Jak co ?
-Wypiszemy pozytywy i negatywy jego osoby, a później dojdziesz do wniosku czy ma uczucia.
-Jakieś uczucia na pewno ma, widziałam go w różnym stanie i na pewno nie jest z kamienia.
-Tak czy siak zrobimy taką listę.
-Co my mamy, po 15 lat?
-Zapomniał wół jak cielęciem był? Jonathan jest poważnie stuknięty. -To dziwny pomysł, brzmi trochę jak z marnego fanfiction, czy coś, ale dlaczego nie?
-W sumie. Może to nie najgorszy z możliwych pomysłów, jakoś muszę rozpracować Stylesa i jego trudny charakter.-Cały czas mam wrażenie, że coś ukrywa.
-Każdy ma jakąś tajemnicę.
-Chodzi o to, że wydaje mi się jakby coś mu zabraniało ze mną być. Sama sobie to własnie objaśniłam. Harry zdziwił się gdy wspomniałam o kwiatach, był wściekły gdy wróciłam z Markusem dość późno z zakupów, zdenerwował się również i nic mnie wspomniał o odwiedzinach Ethana, który przywiózł moje rzeczy. Właściwie skąd znał adres? Zastanawiam sie, czy powinnam wierzyć Markusowi, fakt teraz wydaje mi się, to wszystko jakieś pomieszane i podejrzane. Historia z bronią wcale nie wydawała się być wiarygodna, bo dlaczego Harry miałby chcieć strzelać do kogoś, z kim się ściga. A przede wszystkim kim była dziewczyna, o której wspomniał Markus.
-Ocknij się. Jonathan zatrzymuje się i odwraca do mnie, kiedy ja zupełnie zamarłam na środku deptaka.
-Możemy wrócić do hotelu? Pytam czując strach. Staram sie za wszelką cenę zachowywać normalnie, ale nie jest to najprostsze zwłaszcza pod podejrzliwym okiem Jonathana.
-Co się stało?
-Muszę wracać do ameryki. Oznajmiam twardo i bez większego zastanowienia.
-Przestań porozmawiacie o was innym razem. Chłopak wyraźnie się frustruje. Nie do końca zważam na jego słowa, nerwowo poszukuje wzrokiem Markusa. Nie jestem w stanie w żaden sposób go odnaleźć wśród tej ilości twarzy. -Madison!
-Markus wcale nie jest jakimś ochroniarzem, rozumiesz! Wybucham na niego zupełnie bez przyczyny, przecież to nie jest jego wina, że Harry wpakowany jest po uszy w jakieś gówno i ja jestem przez to zagrożona.
-Poczekaj. Uspokaja mnie i stara się skupić na mojej osobie. -Jak to nie jest ochroniarzem?
-Nie wiem. Wyrażam swoją bezradność, to strasznie dziwne uczucie. -Nie jest tutaj na zlecenie Harry'ego.
-Gadasz od rzeczy Madison. Pan fotograf nie jest w stanie zrozumień tego co mówię, nic jeszcze nie układa się w całość, jednak tutaj jest jakiś haczyk. -Jeśli chcesz to leć z powrotem, ja zostaję Madison.
-Dzięki za wsparcie. Gdzie jest jakiś przycisk "pomoc!" cholera jasna, Styles każdym kolejnym dniem zaskakuje mnie jeszcze bardziej, nawet gdy nie próbuje.
-Nie przepuszczę miejsc w pierwszym rzędzie. Wzrusza ramionami wyjmując papierosy z kieszeni.
-Oh wsadź sobie teraz to miejsca. Harry kłamał niejednokrotnie i niejednokrotnie go na tym przyłapałam, kręcił, wymijał. Chyba czas aby pozbyć się bagażu oszustw. Mógł ze mną grać, ale chyba powinnam zaznaczyć, że nie chce być tak traktowana, karmi mnie kłamstwami i odrobiną prawdy jaka wiąże się z jego przeszłością. Dlaczego sam na siebie ściągnął tyle ciężaru, cholera on ma dopiero dwadzieścia trzy lata, czy nie wystarczyło mu to, co mógł ze spokojem dostać od ojca, od początku musiał pakować się w jakieś brudne interesy. Może jest szantażowany? Przecież ktoś taki jak Markus może brać od Harry'ego spore pieniądze za siedzenie cicho. Zna praktycznie każdy kryminalny wątek z życia Styles'a i mógłby to wykorzystać, idealna okazja aby stoczyć loczka na samo dno i zatopić w trzech metrach mułu. -No więc?
-Co? Odnajduję się w tym co jest teraz i jest realne.
-Co się stało?
-To skomplikowane. Nie wiem czy opowiadanie mu o wszystkim co chodzi mi po głowie jest dobrym pomysłem. Więcej mogę stracić niż zyskać teraz. -Po prostu coś tutaj nie gra. Przełykam gulę śliny, jest mi przykro, nie sam strach jest teraz dominującym uczuciem.
-Harry?
-Tak Harry Styles właściciel ConocoPhillips, wysoki brunet, który przewrócił wszystko do góry nogami.
-Jeśli to ważne, to... -To mogę Cię teraz odwieźć na lotnisko.
-Sama nie wiem.
-Czego ty w końcu chcesz?
-Pozwolisz, że wrócę do hotelu. Krzywię się lekko z niechęcią.-Muszę coś sprawdzić.
-Cóż, przecież Cię nie zmuszę, kupię coś, znam twoje wymiary także jakoś sobie poradzę.
-To teraz mało istotne. Macham na to ręką, cokolwiek włożę na fashionweek, przecież to nieważne, nie będę tam żadna gwiazdą. -Zobaczymy się w hotelu.
-Uważaj, bo najwyraźniej Markus się wycofał. Skrzywiam się jeszcze bardziej nie pojmując jego nawiązania. -Nie ma go nigdzie, od dłuższego czasu już za nami nie szedł.
-Poradzę sobie. Zbieram resztki godności jakiej pozostało mi po tym, jak dałam się oszukiwać Styles'owi. Czuje się beznadziejnie. Jestem głupia. Tylko tak mogę o sobie powiedzieć.
***
Zbliża się wieczór a ja wciąż nie zdecydowałam się na telefon do Harry'ego. Może mam racje oceniając całą tą sytuacje tak emocjonalnie, ale z drugiej strony mogę wyjść na totalną idiotkę, kiedy to wszystko okaże się moim wymysłem. Z resztą kwiaty nie mogły być od Styles'a, jest w nich kamerka. Małe szpiegowski gówno, ktoś kto to robi, wie doskonale jak to robić. Odblokowuję telefon po raz setny. To dziwne, ale za bardzo przywiązałam się do tego jaki jest. Każda tajemnica jest jak bonus do naszej zażyłości. Ale wszytko zaczęło mnie przytłaczać. Analizując każdy kolejny raz kiedy rozmawialiśmy, niby szczerzę, każdy raz gdy uprawialiśmy seks. Nie był wtedy sobą. Za każdym razem miał ból w oczach, nie wiedziałam, czy cierpi, czy to normalne. Wybieram numer Harry'ego i tym samym daję sobie spokój. Nie było nawet sygnału. Przez głowę przeplatam sobie przeróżne scenariusze. Markus znikł mi z oczu. Co jeśli jestem jakąś przynętą? Może przez Harry'ego za chwilę zostanę jakimś zakładnikiem? Być może Harry jest teraz w niebezpieczeństwie, a ja w głębi duszy go wyzywam od najgorszych łgarzy. Zwlekam się z łóżka słysząc niespokojne pukanie do drzwi. Tak teraz czuję prawdziwy strach. Może je otworzę i ktoś przyłoży mi lufę do skroni. Zatrzymuję się przy nich. Pukanie nie ustępuje. Osoba, która własnie mnie odwiedza śpieszy się, bądź jest narwańcem. -Słysze Cię przecież. Zatyka mnie, kiedy zza zamkniętych drzwi dobiega głos Harry'ego. Mam ochotę płakać. Otwieram je, a ten wchodzi tak prędko, zupełnie jakby przed kimś uciekał. Jest w garniturze. Wygląda na oszołomionego. -Ubierz buty. Skawa głową w głąb pokoju. -No na co czekasz! Unosi na mnie głos. Boję się tej sytuacji, bo nie mam pojęcia co on tutaj robi. Dlaczego tu jest i dlaczego tak mu spieszno. Robię to o co mnie "prosi" -Posłuchaj mnie. Zwraca na siebie całą moją uwagę zaciskając moją dłoń. -Wiem że nie będziesz zadowolona, ale musimy teraz zejść na sam dół po schodach. Mówi z lekkim humorem w głowie, jednak to jak się zachowuje nie wzbudza we mnie ani trochę rozbawienia. -Gdy znajdziemy się w lobby, pójdziesz po prostu do SPA.
-SPA!? Wybucham ostatecznie na chłopaka. -Lepiej mi wytłumacz..
-Zamknij się! Beszta mnie pośpiesznie. -Tam będzie kobieta zaprowadzi Cię do tylnich drzwi.
-Wytłumacz mi, co Ty właśnie robisz? Czuję jak napięcie rośnie z każdym kolejnym słowem Harry'ego, co to za plan? Uciekamy przed czymś? To chore. Łzy napływają mi do oczu, tak mocno jak złość na tego mężczyznę nie daje mi chwili na zastanowienie się. -Wpakowałeś mnie w jakieś gówno.
-Nie chciałem rozumiesz? -Nie martw się o nic teraz. Uśmiecha się opiekuńczo łapiąc moją twarz w swoje ciepłe i duże dłonie. -Trzymaj. Nie odezwałam się już ani słowem, kiedy ten wręczył mi do reki kluczyki od auta. Zejście po schodach przypominało raczej maraton, Harry nie zmieniał swojej kamiennej twarzy, jednak był czymś poddenerwowany. Po raz pierwszy nienamacalnie czułam jego niepokój. -Zwolnij. Uśmiecha się kiedy docieramy do parteru. -Nie oglądaj się na mnie, tylko idź do. Uśmiecha się lekko kierując się prosto do wyjścia, ja natomiast odchodzę od niego skręcając w stronę hotelowego spa. Wiem, że własnie wyglądam jak przerażona mała dziewczynka i tak właśnie się czuję. Wchodząc do korytarza w którym pachnie olejkami pod rękę bierze mnie młoda całkiem niska brunetka. Czuję się jak sterowany robot. To dziwne. -Wyjedź z alejki i skręć w prawo. Kobieta uśmiecha się odchodząc, gdy ja stoję przed drzwiami. Wychodzę przez nie i znajduje się w wąskiej alejce. Z tej perspektywy hotel nie wygląda już na taki elegancki. Otwieram terenowego Land Rover'a, który stał zaparkowany tuż przy słynnych, tylnych drzwiach. Odpalam silnik i ruszam nie znając celu mojej podróży. Ani nie do końca orientując się w co właśnie gram. Moją uwagę przyciąga telefon, nie należy do mnie, jednak jest w tym aucie. Odbieram go tym samym wyjeżdżając na ulicę, w kierunku, który poleciła mi kobieta w hotelu. -Tak? Przykładam niewielką komórkę do ucha. To wygląda jak scena z filmu akcji. Przysięgam, że jeśli Harry nie ma na to logicznego wytłumaczenia, to do końca życia nie wybaczę mu tej akcji.
-Nie śpiesz się.
-Kurwa, jak mi tego nie wyjaśnisz, przysięgam, że Cie zabiję. Buczę na Harry'ego dając jednocześnie upust moim nerwom.
-Widzisz mnie?
-Widzę. Spoglądam na jego posturę, idzie spacerkiem chodnikiem z telefonem przy uchu.
-Zatrzymaj się. Robię o co mnie poprosił, a ten wsiada do samochodu poprzednio się rozglądając. -Ruszaj. Uśmiecha się. Wygląda na tak spokojnego. Nagła zmiana nastroju, całe napięcie jakby znika. Mam wrażenie, że jakiś chory pospiech się skończył.
-Co u licha..
-Spokojnie. Jego dłoń ląduje na moim udzie. -Nie wysłałem Ci żadnych kwiatów Madison.
-Domyśliłam się. Besztam go nieco. -Ta broń, Markus.. Ethana tez znasz.
-Tak. Potwierdza moje domysły.
-I Markus wcale nie jest tutaj na twoje zlecenie?
-Tak Ci powiedział?
-Tak, Harry odpowiadaj mi! Jęcze prawię płacząc, czy ja mam jakieś zaburzenia emocjonalne, czy właśnie odgrywamy melodramat? -Wcale nie potrzebujesz tej broni, ludzie z wyścigów nie są zagrożeniem.
-Nie, oni nie są. Przyznaję z wyraźną ulgą. Wyciąganie z niego informacji jest teraz banalnie proste.
-Byłam w niebezpieczeństwie, Markus nie miał mnie wcale chronić?
-Wręcz przeciwnie, nie miałem pojęcia że przyjedzie tutaj za tobą. Denerwuję się, dlaczego?
-Dlaczego dopiero teraz dowiaduję się tego co się działo od dłuższego czasu?
-Ethan od dawna Cię obserwował i śledził. Tłumaczy mi, a ja mam gęsią skórkę, wiąż kieruję przemierzając ulice Londynu bez konkretnego celu, nie wiem jaki jest nasz cel. Chyba przed czymś uciekamy teraz? -Niejednokrotnie mogli Ci zrobić krzywdę.
-Więc dlaczego nie zrobili!? Głos przepełnia się żalem. Chuj by to wszystko strzelił! Zakochałam się w biznesmenie, dobrze ubranym, szarmanckim facecie, nie w facecie, który będzie teraz prowadził ze mną grę akcji, w której gramy o moje życie. -Dlaczego chcieli mnie?
-Bo jesteś moim słabym punktem. Zagasza we mnie cały ogień, strach i żal.
-O czym Ty do cholery mówisz Harry?! Drwię z niego na głos. Mam wrażenie, że w ten sposób chce skłamać po raz setny, jeśli już nie tysięczny.
-Kurwa, zależy mi na tobie, cholernie Cię potrzebuję i jesteś do kurwy nędzy ważna! Krzyczy do mnie, ale nie boję się jego słów, dopiero teraz mam wrażenie, że są prawdziwe, kiedy jest w nich tyle uczuć.
-Chodzi im o twoja przeszłość?
-Chcieli grubej kasy, chcieli ja zdobyc dzieki tobie.
-Więc dlaczego nadal jestem cała, dlaczego nic mi nie jest?
-Bo nie byliśmy razem, tak długo jak nie byliśmy oficjalnym związkiem, nie mogli zrobić nic.
-Dlaczego? Trafia do mnie powoli, dlaczego Harry nie chciał związku, nie chodziło to jego chce bądź nie chcę, chodziło o to, że nie może.
-Nie byli pewni czy dostana pieniądze, gdy zaszantażują mnie tobą. Objaśnia całokształt.
-To..
-Chroniłem Cię cały czas Cię raniąc, wiem. Nie jestem w stanie uwierzyć, że mówi o uczuciach i sytuacjach tak normalnie. -Nie zdajesz sobie sprawy ile mogli mi zabrać.
-Jestem więc ważna? Zatrzymuję się zjeżdżając na pobocze. Przerosło mnie to wszystko. Nie wiem, czy chce już od niego uciec, czy chce go teraz kochać.  Chwila milczenia jaka zapada pomiędzy nami jest jak wieczność.
-Bardzo. Wybrzmiewa słowo, które chciałam usłyszeć.
-Nigdy więcej mnie tak nie oszukuj. Płakać szczęściem? to powinnam teraz robić? -Jeśli ma mi się coś stać powiedz mi to. Wymagam tego, jestem gotowa, mogę cierpieć.
-Nie pozwolę na nic, słyszysz. Ponownie dziś ujmuję moją twarz w dłonie przemawiając jak do mało rozumnego dzieciaka. -Nie mają prawa Cię tknąć, zabrać, ani skrzywdzić. Zarzeka się.
-Czy Ty masz mnie za idiotkę? Uderzam z frustracją w kierownicę. Zaczynam się najnormalniej w świecie wściekać. -Wciągnąłeś mnie w jakieś gówno, już dawno mogłam gryźć piach, bo Ty nie załatwiłeś spraw z przeszłości? Krzyczę na niego. Najwspanialsze słowa jakie mógłby teraz powiedzieć nie uspokoją mnie całkowicie.
-Miałem wypadek tylko dlatego, że chciałem być na lotnisku przed tobą i Ethanem. Dodaje.
-Skąd wiedziałeś, że wsiądę do auta, skąd wiedziałeś, że będzie to On?
-Bo byłaś na mnie wściekła. Więc tak dobrze potrafi zauważać moje uczucia? -Miałem nóż na gardle, nie chciałem żebyś tutaj jechała, ale nie mogłam Ci powiedzieć.
-Równie dobrze mogłam znać prawdę i po prostu od Ciebie odejść. Mam wyrzuty sumienia i próbuje je na nim wymusić. -Wiedziałeś, że będą chcieli się do Ciebie dobrać od dawna, po cholerę zaczynałeś znajomość ze mną?
-Tutaj chodzi tylko o kasę, jak ją dostaną to będzie spokój. Stawia gruby mur pomiędzy nami, jest zmęczony, nie jest w stanie odpowiadać na moje pytania, bronić się przed moimi zarzutami.
-Po co byłam ja do tego? po co tak właściwie kręcili się obok mnie?
-Madison proszę Cię odpuść już, nic się nie stało.
-Tylko mi odpowiedz, czego chcieli ode mnie, dlaczego "uciekałam"z hotelu i dlaczego tak nagle się pojawiłeś?
-Wysyłali mi twoje zdjęcia, wyszłaś tak a nie inaczej żeby za nami nie poszli, przyjechałem bo stale Cię obserwowali. Przygląda mi się uważnie. -Twoja mina jest komiczna. Uśmiecha się. -Myślałaś, że to jakiś film akcji? Drwi ze mnie. Ale tym samym pozwala mi się wyluzować.
-Kurwa. Bluzgam opadając na fotel. -Ty sobie chyba ze mnie jaja robisz.
-Musiałem Cie w hotelu trochę nastraszyć, bo skończyłoby się tym, że spoliczkowałbyś mnie. Uśmiecha się.
-Dasz im te pieniądze?
-Widzisz inne wyjście? Podkreśla oczywistość tego, że chce im dać forse.-Inaczej się ich nie pozbędę.
-Maja coś na Ciebie? Nasza rozmowy przybrała spokojny ton. -Boisz się ich?
-Nie boje się ich. Śmieje się. -Boje się tego, że mogą mi zabrać wszystko.
-Może tylko Cię straszą. Wzruszam ramionami. -A tak poważnie nie mają nic.
-Teraz to mało ważne. Odpiera z jakąś ulgą. -Wrócisz do Orleanu, do rodziców. Oznajmia z lekkim rozżaleniem w głosie. -Koniec tej całej szopki, marnujesz ze mną czas.
-To chyba powinna być moja decyzja. Zaprzeczam mu. -Wiem za dużo, powinieneś mnie zabić. Trącam go lekko drocząc się.
-Mamy więc dwa wyjścia. Uśmiecha się.
-Jakie? Odwzajemniam jego uśmieszek. Dziwna sytuacja. Zwalniamy tępo coraz bardziej i coraz bardziej łagodnieje cała sytuacja. -Jeśli chcesz mnie wysłać do domu, to nie zgadzam się na to. Ma pełny ciepła wzrok, który walczy z moim. W półmroku latarni ulicznych wygląda trochę nieznajomo, ale każdy element jego osoby jest taki sam. Gładka twarz i miękko wyglądająca skóra. Jego perfumy pachną tak intensywnie. Ciemny garnitur układa się na jego szerokich ramionach. Myśli nad czymś, widzę to. Zawsze mnie wtedy ciekawi. -Chodźmy się napić. Proponuję. Chyba tego teraz potrzebujemy. Alkoholu, jeśli mam się upić i jutro tego żałować, chce upić się z nim. -Później wrócimy do hotelu i będziemy uprawiać seks. Usuwam wszelkie emocje i mówię. -Nie musimy rozmawiać. Stwierdzam jednocześnie zapobiegając jego odmowie.
...