__________
Otwieram oczy i widzę jego twarz. Jest niewiarygodnie blisko. Wygląda wyśmienicie spokojnie. Po tym jak przez moment mu się przyglądam jego kącik ust się lekko podnosi. Uśmiecham się, a przez moje zatoki przechodzi szpila bólu. Nie odzywam się i nadal na niego patrzę.
-Brzydula. Wtula twarz w zagłębienie mojej szyi z uśmiechem na zaspanej twarzy. -Jak się spało.
-Dobrze. Odszeptuję a moje gardło wcale nie ma się najlepiej. Jego włosy lekko mnie łaskoczą po dekolcie. Jest to bardzo przyjemne. -Źle się czuję. Mówię z żalem w głosie.
-Słyszę właśnie. Odpowiada odrywając się od mojego ciała i patrzy mi na twarz podpierając się na łokciu. Uśmiecha się pogodnie z troską w oczach. -Chyba będziesz skazana na łóżko. Mówi wyniośle. Krzywię się na myśl o stałym wygrzewaniu się w łóżku, po kilku godzinach to staje się monotonnie nudne. -Zmarzłaś wczoraj na parkingu. Mówi z przykrością w głosie. -Nie pomyślałem o tym. Czy on właśnie twierdzi, że to jego wina? Milczę nie chcąc charczeć przez bolące gardło. -Zamówię coś na śniadanie. Uśmiecha się i wstaje z łóżka nakrywając mnie dokładnie kołdrą.
-Wracamy dziś? Pytam niezbyt chętna, aby tu zostawać.
-W obecnej sytuacji. Potwierdza szperając w swoim telefonie. -Zaraz zabukuje nam bilety. Uśmiecha się nie odrywając oczu od wyświetlacza. Obserwuje go jak jedną ręka naciąga dopasowane jeansy na ciało i nie wychodzi mu to za dobrze. -Na co masz ochotę? Pyta odkładając telefon i zakładając spodnie. Nawiązuje jak miewam do śniadania. Wzruszam ramionami.
-Nie mam apetytu. Odpowiadam. Jak zawsze wewnętrznie użalam się nad sobą, gdy się gorzej czuję.
-Bardzo źle się czujesz? Teraz naciąga koszulkę przez głowę, aby ta po chwili idealnie podkreślała jego mięśnie.
-Troszkę. Uśmiecham się czule.
-Mamy samolot za dwie godziny. Informuje wracając do pokoju. Siadam na łóżku opierając się o bezgłowie. -Wstawaj. Uśmiecha się zadziornie. -Ubierz się ciepło. Przechodzi do łazienki i mówi do mnie w ojcowskim stylu. Podnoszę się leniwie. Jest mi zimno, przerzucam ubrania jakie kupił mi Harry. Zakładam jeansy i koszulkę. -Weź moją bluzę. Wychyla się z łazienki myjąc zęby. Uśmiecham się i wyjmuje bluzę, która leży na wierzchu torby. Jest ciepła i duża. Podnoszę się i ponownie przechodzi mnie ból. Oh nienawidzę przeziębień. Wlekę się i wchodzę do łazienki przytulając się do pleców bruneta. -Gdzie chodzisz do lekarza?
-A co? Mruczę niechętnie pod nosem.
-Przydałoby się go odwiedzić jak wrócimy do domu. Oznajmia sztywno.
-Nie zachowuj się jak moja matka.
-Przypominam Ci kobietę? Pyta rozbawiony. Odsuwam policzek od jego pleców i wsuwam głowę pod jego pachę, wystając spod ramienia, patrzę na niego w lustrze, a on robi to samo.
-Trochę. Uśmiecham się zadziornie.
-Odsuń się. Mówi z ustami pełnymi piany. Przymrużam brwi i patrzę pytająco. -Chce to wypluć. Wskazuje palcem na wargi z których wydostaje się spieniona pasta. Puszczam go i opieram sie obok o ciemny, zimny blat obserwując go. -Coś nie tak? Znowu jest rozbawiony, zawsze tak na niego działa to, jak sie mu przyglądam. -Chodzi o to, że nie kupiłem Ci szczoteczki?
-Mniej więcej. To że nie myłam zębów od soboty rano to wcale nie miły temat, czuję się z tym dziwnie.
-Nie mam zamiaru Cię całować. Oznajmia ochrypłym głosem. -Tylko dlatego, że jesteś chora. Wyjaśnia, a ja łagodnieje wewnętrznie. -Więc nie przeszkadzają mi twoje zęby. Uśmiecha się zadziornie. Odgarniam włosy z twarzy i mam ochotę wrócić do łóżka. -Koniecznie wybierz się do lekarza. Cmoka mnie w czubek nosa i zabiera swoje kosmetyki z łazienki wychodząc z niej. Wywracam oczami i idę za nim. Leniwym ruchem opadam na materac i biorę głęboki oddech. -Aż tak źle? Harry rzuca się na materac tuż obok, kładąc się na brzuchu. Podpiera się na łokciach i patrzy na mnie z lekkiej wysokości. Robię dość grymaśny uśmiech, dokładnie czuję się beznadziejnie, to chyba to określenie. -Możemy tu zostać jeśli chcesz.
-Chce wrócić do mojego łóżka.
-A co z moim? Uśmiecha się w bardzo uroczy sposób, ma dołeczki w policzkach. Ta cholerna wada jest taka słodka. -Jest świeża pościel. Napomina dumnie na ten fakt.
-Zmieniłeś ją, bo Ci powiedziałam, że śmierdzi. Droczę się z nim. To moja zasługa, przypuszczam że nadal by spał w brudnej.
-Dokładnie powiedziałaś, że pachnie moimi perfumami. Znowu zwycięski honor. -A zmieniłem ją w razie wypadku. Śmieje się sam ze swoich słów. Coż jest zdecydowanie samowystarczalny.
-W razie seksu? Pytam z niedbałym tonem.
-Przestań. Zaostrza sie, co nie jest dobrym znakiem. -Po prostu to zrobiłem. Wzrusza ramionami i nerwowo podnosi się z łóżka. -Wychodzimy. Nie brzmi to wcale jak oświadczenie, raczej jak rozkaz.
-Przepraszam. Mruczę pod nosem, czuję się jak skarcone dziecko. Stoję tuż za jego dużą sylwetką i za moment wkroczymy na pokład samolotu. Czuję się źle. Czy teraz seks to będzie jego słaby punkt, którym będę go denerwować? Harry przychyla lekko głowę i odwraca ją z powrotem nie zwracając na mnie uwagi.-Przepraszam, że nie wskoczyłam Ci do łóżka, jak jakaś dziwka. Buczę przez zaciśnięte zęby. Nienawidzę gdy mnie ignoruje, a teraz ponownie się zdenerwował. Odwraca się i chwyta mocno moją rękę, zaciskając swój nadgarstek tuż nad moją dłonią. Wcale nie jest to przyjemne jak na mnie chłodno patrzy.
-Zamknij się. Syczy i odwracając się ciągnie mnie za sobą na miejsce w samolocie. Chłopak odnajduje nasze miejsce, a ja stąpam z nim nie pokazując mojego strachu. Pasażerowie i tak mają oczy wlepione w nasza dwójkę. Przeciąga mnie przed siebie i popycha tak, że opadam na fotel. Przymykam oczy z bólu jaki towarzyszył zderzeniu moich pleców z oparciem. Otwieram oczy i patrzę na niego, jego rysy twarzy są zaostrzone w nieprzyjemny dla moich oczu sposób. Siada na przeciwko mnie i pochyla się zbliżając się do mnie. -Nazwałem Cię kiedykolwiek dziwką? Pyta nerwowo, przez głowę przechodzi mi wiele momentów i słyszę tylko miłe określenia mojej osoby. Jego pytanie chyba należało do retorycznych. -Nigdy tego nie zrobiłem. Syczy nadal nie chcąc, aby ktoś nas usłyszał. Zaciskam wargi w jedna linię i siedzę przed nim w strachu. -To, że nie uprawialiśmy seksu. Patrzy na mnie pełnym zawiści spojrzeniem. -to nic nie zmienia. Wzrusza ramionami wystukując mi do głowy każde zdanie. -Nie masz prawa określać się mianem dziwki. Beszta mnie nieco łagodniej. -Nie w moim towarzystwie. Dodaje. -Ani w ogóle. Jego ton traci na sile ostrości. Opuszczam wzrok bojąc się jego spojrzenia. Z jednej strony dziękuje Bogu, że tak na to zareagował, a z drugiej jestem roztrzęsiona. Harry po chwili wyraźnego upustu emocji ponownie się nachyla i zaciska lekko rękę na mojej dłoni. To jak jeszcze przed momentem się trzęsłam ustało. -Jest okey. Uśmiecha się łagodnie, jednak niepewnie. Oczy przepełnione ma troską. -Popatrz na mnie. Pociąga lekko moją dłoń. Gdy podnoszę wzrok uśmiecha się z ulgą. -Przepraszam. Ukazuje spora skruchę.
-To nic. Wymuszam uśmiech kiwając twierdząco głową i ponownie spuszczam wzrok.
-Nie kłam. Przechyla lekko głowę i zwraca moją uwagę ponownie na siebie. -Nie chciałem.
-Nic się nie stało Harry. Ponawiam. Jednak mam ochotę go uderzyć.
-Proszę zapiąć pasy. Nasze szepty przerywa stewardesa, która z pracowitym uśmiechem uświadamia nas, ze będziemy startować. Harry odpowiada jej uśmiechem i kiwnięciem głowy. Oboje zapinamy pasy, a Harry nieuniknione przeszywa mnie wzrokiem.
-Jak się czujesz? Pyta i mam nadzieje, że tyczy się to mojego poczucia fizycznego.
-Dobrze.
-Widzę, że źle. Oznajmia.
-Więc po co pytasz? Nie ukrywam mojej ironii i wyczuwam, że za moment będę tego żałować. -Przepraszam. Automatycznie gryzę się w język za każde słowo.
-Przestań mnie przepraszać. Spiera się na łokciu a palce wbijają się w profil jego twarzy. -To niezręczne, gdy robisz to bez powodu. Uśmiecha się łagodnie i pozwala mi odwzajemnić uśmiech, jednak jest on nadal wymuszony. Ból głowy jest już nie do zniesienia. -Chodź tutaj. Prosi skinąwszy głową. -Powinnaś się przespać. Dodaje troskliwie.
-Jesteś straszny. Bąkam i znajduję sobie miejsce blisko niego.
-Mówiłaś już to. Uśmiecha się ponownie i składa lekki pocałunek na czubku mojej głowy. -A ty chora. Obejmuje mnie silnym ramieniem i spiera swoją głowę na mojej.
-Trochę. Uśmiecham się zadziornie.
-Odsuń się. Mówi z ustami pełnymi piany. Przymrużam brwi i patrzę pytająco. -Chce to wypluć. Wskazuje palcem na wargi z których wydostaje się spieniona pasta. Puszczam go i opieram sie obok o ciemny, zimny blat obserwując go. -Coś nie tak? Znowu jest rozbawiony, zawsze tak na niego działa to, jak sie mu przyglądam. -Chodzi o to, że nie kupiłem Ci szczoteczki?
-Mniej więcej. To że nie myłam zębów od soboty rano to wcale nie miły temat, czuję się z tym dziwnie.
-Nie mam zamiaru Cię całować. Oznajmia ochrypłym głosem. -Tylko dlatego, że jesteś chora. Wyjaśnia, a ja łagodnieje wewnętrznie. -Więc nie przeszkadzają mi twoje zęby. Uśmiecha się zadziornie. Odgarniam włosy z twarzy i mam ochotę wrócić do łóżka. -Koniecznie wybierz się do lekarza. Cmoka mnie w czubek nosa i zabiera swoje kosmetyki z łazienki wychodząc z niej. Wywracam oczami i idę za nim. Leniwym ruchem opadam na materac i biorę głęboki oddech. -Aż tak źle? Harry rzuca się na materac tuż obok, kładąc się na brzuchu. Podpiera się na łokciach i patrzy na mnie z lekkiej wysokości. Robię dość grymaśny uśmiech, dokładnie czuję się beznadziejnie, to chyba to określenie. -Możemy tu zostać jeśli chcesz.
-Chce wrócić do mojego łóżka.
-A co z moim? Uśmiecha się w bardzo uroczy sposób, ma dołeczki w policzkach. Ta cholerna wada jest taka słodka. -Jest świeża pościel. Napomina dumnie na ten fakt.
-Zmieniłeś ją, bo Ci powiedziałam, że śmierdzi. Droczę się z nim. To moja zasługa, przypuszczam że nadal by spał w brudnej.
-Dokładnie powiedziałaś, że pachnie moimi perfumami. Znowu zwycięski honor. -A zmieniłem ją w razie wypadku. Śmieje się sam ze swoich słów. Coż jest zdecydowanie samowystarczalny.
-W razie seksu? Pytam z niedbałym tonem.
-Przestań. Zaostrza sie, co nie jest dobrym znakiem. -Po prostu to zrobiłem. Wzrusza ramionami i nerwowo podnosi się z łóżka. -Wychodzimy. Nie brzmi to wcale jak oświadczenie, raczej jak rozkaz.
-Przepraszam. Mruczę pod nosem, czuję się jak skarcone dziecko. Stoję tuż za jego dużą sylwetką i za moment wkroczymy na pokład samolotu. Czuję się źle. Czy teraz seks to będzie jego słaby punkt, którym będę go denerwować? Harry przychyla lekko głowę i odwraca ją z powrotem nie zwracając na mnie uwagi.-Przepraszam, że nie wskoczyłam Ci do łóżka, jak jakaś dziwka. Buczę przez zaciśnięte zęby. Nienawidzę gdy mnie ignoruje, a teraz ponownie się zdenerwował. Odwraca się i chwyta mocno moją rękę, zaciskając swój nadgarstek tuż nad moją dłonią. Wcale nie jest to przyjemne jak na mnie chłodno patrzy.
-Zamknij się. Syczy i odwracając się ciągnie mnie za sobą na miejsce w samolocie. Chłopak odnajduje nasze miejsce, a ja stąpam z nim nie pokazując mojego strachu. Pasażerowie i tak mają oczy wlepione w nasza dwójkę. Przeciąga mnie przed siebie i popycha tak, że opadam na fotel. Przymykam oczy z bólu jaki towarzyszył zderzeniu moich pleców z oparciem. Otwieram oczy i patrzę na niego, jego rysy twarzy są zaostrzone w nieprzyjemny dla moich oczu sposób. Siada na przeciwko mnie i pochyla się zbliżając się do mnie. -Nazwałem Cię kiedykolwiek dziwką? Pyta nerwowo, przez głowę przechodzi mi wiele momentów i słyszę tylko miłe określenia mojej osoby. Jego pytanie chyba należało do retorycznych. -Nigdy tego nie zrobiłem. Syczy nadal nie chcąc, aby ktoś nas usłyszał. Zaciskam wargi w jedna linię i siedzę przed nim w strachu. -To, że nie uprawialiśmy seksu. Patrzy na mnie pełnym zawiści spojrzeniem. -to nic nie zmienia. Wzrusza ramionami wystukując mi do głowy każde zdanie. -Nie masz prawa określać się mianem dziwki. Beszta mnie nieco łagodniej. -Nie w moim towarzystwie. Dodaje. -Ani w ogóle. Jego ton traci na sile ostrości. Opuszczam wzrok bojąc się jego spojrzenia. Z jednej strony dziękuje Bogu, że tak na to zareagował, a z drugiej jestem roztrzęsiona. Harry po chwili wyraźnego upustu emocji ponownie się nachyla i zaciska lekko rękę na mojej dłoni. To jak jeszcze przed momentem się trzęsłam ustało. -Jest okey. Uśmiecha się łagodnie, jednak niepewnie. Oczy przepełnione ma troską. -Popatrz na mnie. Pociąga lekko moją dłoń. Gdy podnoszę wzrok uśmiecha się z ulgą. -Przepraszam. Ukazuje spora skruchę.
-To nic. Wymuszam uśmiech kiwając twierdząco głową i ponownie spuszczam wzrok.
-Nie kłam. Przechyla lekko głowę i zwraca moją uwagę ponownie na siebie. -Nie chciałem.
-Nic się nie stało Harry. Ponawiam. Jednak mam ochotę go uderzyć.
-Proszę zapiąć pasy. Nasze szepty przerywa stewardesa, która z pracowitym uśmiechem uświadamia nas, ze będziemy startować. Harry odpowiada jej uśmiechem i kiwnięciem głowy. Oboje zapinamy pasy, a Harry nieuniknione przeszywa mnie wzrokiem.
-Jak się czujesz? Pyta i mam nadzieje, że tyczy się to mojego poczucia fizycznego.
-Dobrze.
-Widzę, że źle. Oznajmia.
-Więc po co pytasz? Nie ukrywam mojej ironii i wyczuwam, że za moment będę tego żałować. -Przepraszam. Automatycznie gryzę się w język za każde słowo.
-Przestań mnie przepraszać. Spiera się na łokciu a palce wbijają się w profil jego twarzy. -To niezręczne, gdy robisz to bez powodu. Uśmiecha się łagodnie i pozwala mi odwzajemnić uśmiech, jednak jest on nadal wymuszony. Ból głowy jest już nie do zniesienia. -Chodź tutaj. Prosi skinąwszy głową. -Powinnaś się przespać. Dodaje troskliwie.
-Jesteś straszny. Bąkam i znajduję sobie miejsce blisko niego.
-Mówiłaś już to. Uśmiecha się ponownie i składa lekki pocałunek na czubku mojej głowy. -A ty chora. Obejmuje mnie silnym ramieniem i spiera swoją głowę na mojej.
-Wstawaj. Szept Harry'ego odbija się od mojego ucha i lekko mnie łaskoczę. Otwieram oczy i przez niewielkie okno widzę tylko ciemność. -Musimy wysiąść. Dodaje łagodnie. Uwielbiam jak mnie budzi. Odrywam sie od jego ramienia i wszystko mnie boli. Spanie w takiej pozycji nie należy do najprzyjemniejszych. -Trzymaj. Zakłada swoją cienką kurtkę na moje ramiona i uśmiecha się czule popychając mnie przed siebie do wyjścia. -Jakieś specjalne życzenia? Mruczy mi do ucha całując moją szyję, gdy znajdujemy się na zewnątrz i czekamy na torbę.
-Odwieź mnie do domu. Bełkoczę zaspana i zmęczona pod nosem.
-Odwieź mnie do domu. Bełkoczę zaspana i zmęczona pod nosem.
-Nie chcesz jechać do mnie? Pyta lekko zawiedziony. Odwracam się do niego przodem i przytulam się do jego torsu.
-Chce do domu. Proszę jak małe dziecko i nie jestem zadowolona z tego jak się czuję.
-Skoro tak. Oświadcza z sztucznym uśmiechem. Nienawidzę zawodzić ludzi, a to że robię to jemu jest jeszcze gorsze. -Chodźmy. Harry zabiera swoja brązową torbę i wychodzimy na parking, gdzie zostało auto.
-Napiszesz? Pochyla się lekko do odsuniętej szyby i patrzy na mnie z przykrością w oczach.
-Pomyślę. Trzymam między nami tą chłodną atmosferę, jaka zaistniała podczas jazdy autem. Cóż, nie jestem jego własnością, nie ma prawa mi mówić co mam robić, a ja nie mam zamiaru go grzecznie słuchać.
-Cześć. Rzuca podle i odjeżdża wyraźnie zdenerwowany. Teraz czuję się już fatalnie w każdym aspekcie tego słowa. Wchodzę rozleniwionymi ruchami do mieszkania i od progu wita mnie matka.
-Czy ty oszalałaś! Krzyczy, jakbym miała naście lat i wracała pijana.
-Mamo mam dwadzieścia pięć lat. Oświadczam niezainteresowana dalszą rozmową. -Źle się czuję, idę się położyć. Rzucam się zawiedziona na łóżko i chce uporządkować sobie wszystko co miało do tej pory miejsce.
-Opowiesz mi o Harry'm? Moja mama jak zawsze przerywa mi myślenie nad czymś. Siada na skraju łóżka a jej pytanie wywołuje na mojej twarzy uśmiech.
-Jest na prawdę bardzo miły. Uśmiecham się do niej. -Lubię go bardzo. Dodaję nieco speszona.
-Tylko lubisz? Ta kobieta jest niesamowicie przewidywalna.
-Mamo! Unoszę się zawstydzona, przez jej ton. -Możesz mi zrobić herbatę, zamiast zadawać pytania.
-Wydaje mi się, ze jesteś zadowolona z jego towarzystwa. Dokłada do pieca zdecydowanie. Wstaje i wyciąga koc z szafy rzucając go na kołdrę a za razem i mnie. -Powinnaś wybrać się do lekarza kochanie. Wywracam oczami z rozbawieniem na jej słowa, to zdecydowanie brzmi jak słowa Styles'a.
-Herbata wystarczy mamo. Wyganiam ją z pokoju.
-Masz gościa. Mam wraca z herbatą i stawia ja na stoliku nocnym. Marszczę brwi i nie mam zamiaru podnosić się z łóżka. Poniekąd spodziewałam się Harry'ego, ale nie tak szybko. Minęły zaledwie dwie godziny odkąd mnie odwiózł. Chłopak stoi w pokoju kawałek za moją matką. Patrze na niego zawiedzionym spojrzeniem. Nadal jestem na niego zła. Wygląda marnie. Jakby on tez nie czuł się najlepiej. -Tobie też zrobić herbatę? Moja mama i jej pytania, nie dała mu nawet zamienić ze mną słowa.
-Mamo proszę Cię! Upominam ją o to, aby zostawiła nas samych.
-Było by miło, pani córka trochę mnie zaraziła. Uśmiecha się znacznie spoglądając urywkowo na mnie.
-Oh. Mama jest zdecydowanie zdziwiona. -W takim razie kładźcie się szybko, zaraz przyniosę wam jakieś tabletki. Klepie chłopaka po ramieniu i wychodzi.
-Masz bardzo urocza mamę. Mówi wesoło wskazując kciukiem za ramie w stronę drzwi.
-Co tu robisz? Pytam nerwowo.
-To samo co ty. Uśmiecha się pomimo mojego ostrego tonu. Obserwuję go a on podchodzi do łóżka i zdejmuje swoją kurtkę i buty. Zostaje w ciemnym T-shirt'cie i jeansach. Śmiało odrzuca kołdrę i kładzie się pod nią obok mnie. -Zaraziłaś mnie. Śmieje się i pomimo tego, że nie wygląda najlepiej stara się być pogodnym.
-I co w związku z tym? Nadal zachowuje kamienną minę, choć jest to trudne gdy ten obejmuje mnie zarzucając swoją rękę na mój brzuch lekko łaskocząc mnie opuszkami palców. Robi to specjalnie.
-Masz śliczna piżamkę. Śmieje się podnosząc kołdrę i spoglądając na mój strój. Każde słowo jest tak przesłodzone a za razem drwiące, że mam ochotę mu przywalić. -Dlaczego masz leżeć tak sama, skoro oboje możemy to robić. Pociąga lekko nosem.
-Tam są chusteczki. Uśmiecham się arogancko pokazując na pudełko owych chusteczek stojących na szafce. -Jesteś strasznie głupi.
-Trudno. Mruczy trącając moje ucho nosem. -Masz z tym jakiś problem skarbie? Oblewam się rumieńcem i cała w środku aż topnieję. Nazwał mnie skarbem. Tego nie spodziewałam się po tym zabójczo przystojnym skurwysynie. -Wydaje mi się, że jednak nie. Śmieje się cmokając mnie w szyję, po czym wraca głową na wysokość mojego obojczyka i kładzie na nim głowę. -Ale Ci serducho wali. Mówi z przerażoną miną. -Dlaczego tak jest? Pyta przygryzając wargę. No jakbyś nie wiedział!
-Nadal jestem na Ciebie zła. Przywracam go do rzeczywistości, chłopak zdecydowanie odbiega od tematów, które są nieco bardziej problematyczne.
-Ależ wiem o tym. Uśmiecha się.
-I?
-I nic, nie mam zamiaru Ci odpuścić. Wzrusza ramionami i nasze lekko cięte tony przerywa ponownie moja mama, która gramoli się do pokoju ze herbatą i tabletkami.
-Nie masz gorączki? Jej nadopiekuńczość! Patrze na nią wzrokiem mordercy, oh to takie męczące.
-Wszystko ok, dziękuje za herbatę, ale chyba niestety będę leciał. Harry uśmiecha się uprzejmie do mojej mamy i wstaje ku mojemu zdziwieniu z łóżka. Ręka mojej dużo niższej od niego mamy ląduje na jego czole, zastanawiam się czy nie powinnam się śmiać, jednak jestem zła.
-Masz gorączkę, nigdzie nie pójdziesz, kładź się. Pogania go z powrotem w moją stronę.
-Nie, na prawdę już pójdę. Zdecydowanie próbuje się wymigać. Chyba nie zdaje sobie sprawy z daru przekonywania- zmuszania mojej mamy.
-Nie ma mowy. Karci go, a ja obserwuję całą tą sytuację i wewnętrznie cała się skręcam. -Załatwisz się jeszcze gorzej.
-Nie chce sprawiać problemu, po prostu wrócę do domu. Oh Styles, powinieneś wiedzieć, że próbujesz na marne. To jak bardzo miły jest w stosunku do mojej mamy jest bardo uroczę, a on sam jest ohydnie słodki.
-To żaden problem Harry, z resztą macie chyba do pogadania. Spogląda na mnie zza ramienia i widzę w jego oczach niepewność. Ja nie okazuję żadnych emocji.
-Dobra, ale później na prawdę będe uciekał. Ustępuje mojej zatroskanej matce.
-Co będzie później, to będzie później. Ta kobieta zdecydowanie z niego kpi wychodząc z pokoju.
-Ta kobieta jest genialna. Harry śmieje się dla rozluźnienia sytuacji.
-Jest strasznie denerwująca. Wyjaśniam moje poglądy.
-Przestań, jest wspaniałą matką. Upomina mnie. Ponownie leniwie kładzie się do łózka. Przewraca się na brzuch i patrzy na mnie. -Trochę Ci tego zazdroszczę. Mówi z przykrością.
-Czego? Marszczę brwi i spoglądam na niego zdumiona.
-Każdy chciałby mieć taka opiekę. Uśmiecha się lekko.
-Jestem chora, po prostu się martwi. Tłumaczę. -Twoja matka pewnie robi to samo. Uśmiecham się.
-Nie powiedziałbym. Smutnieje z powrotem, w jego oczach gości trochę zawiści. -Interesowały ją tylko pieniądze ojca, a mną zajmowali się wszyscy tylko nie ona. Wzrusza ramionami, a mi robi się przykro. Dlaczego wszyscy kolesie musza mieć smutne wspomnienia z dzieciństwa. Ta historia najwyraźniej lubi się powtarzać. -Hej, jest okey. Szturcha mnie widząc moją chwilową nieobecność. -Wyrosłem na ludzi. Śmieje się.
-Nie powiedziałabym tak. Marszczę nos lekko go prowokując.
-Nienawidzę jak to robisz. Upomina mnie. -Nie mam siły na nic.
-Tyle dobrze. Uśmiecham się z lekką ulgą. -Gdzie jest teraz twoja matka? Nawiązuje do poprzedniego tematu.
-Emm, ojciec się z nią rozwiódł jak miałem 19 lat. Mówi oschle. -Jakoś mnie to nie interesuje. Opowiada to, mi nie do końca chce się wierzyć w jego obojętność. -Byłem już dużym chłopcem, a ona była dla mnie jak obca kobieta. Tłumaczy dalej, zaczyna to nabierać sensu. -Nie myślę o niej za dużo. Dodaje lekko zniesmaczony.
-Przepraszam, nie chciałam żeby było Ci przykro. Uśmiecham się z pocieszeniem w głosie.
-Nie jest mi przykro, po prostu nie lubię o niej mówić. Dopowiada nerwowo.
-Czyli jest Ci przykro. Upieram się przy swoim, bo wiem że mam rację.
-Wydaje Ci się. Czy okazywanie uczuć jest dla niego takie trudne? -Zmieńmy temat, co?
-Nie denerwuj się.
-Po prostu gadam przy tobie za dużo. Uśmiecha się. -Masz strasznie zimne stopy. Śmieje się, gdy lekko moimi stopami pocieram o jego nogi. Fakt to ta część ciała, w którą marznę najbardziej.
-Od czegoś ty w końcu jesteś. Mówię dumnie, nadal ocierając stopami o jego łydkę. Ma strasznie długie nogi.
-Jak chcesz mogę Cię zagrzać całą. Uśmiecha się zawadiacko.
-Moja mama słyszy wszystko, poza tym nie masz siły na nic. Przypominam mu lekceważąco.
-Faktycznie, krzyczałabyś na tyle głośno, że usłyszeli by nas też sąsiedzi.
-Jesteś zbyt pewny siebie. Mówię z lekkim zażenowaniem.
-Kiedyś Ci to udowodnię. Wzdycha słabo uśmiechając się. -Zabieraj te zimne stopy!
-Jesteś u mnie, chyba wolno mi to robić. Wsuwam rękę pod jego t-shirt i kładę ja na plecach doskonale wiedząc, że jest równie lodowata.
-Przeginasz mała.
-Nie wydaje mi się.
-A mnie tak. -Zabieraj te grabie.
-Słucham?
-Nie mów słucham bo cię... -No właśnie, zabierasz je? Jego słową sa za razem zabawne jak i oburzające.
-Zostają, jestem chora musi być mi ciepło.
-Co będę z tego miał?
-A co byś chciał? -herbatę już masz.
-To czego bym chciał to niemożliwe, dawno mnie nie całowałaś. Uśmiecha się słabo.
-Jestem chora. Unikam zobowiązania.
-Jakbyś nie zauważyła bystrzaku, to ja też nie mam się najlepiej.
-Spadaj. Rzucam.
-Dobra. Udaje oburzonego, -Będziesz coś chciała.
-Skąd tak właściwie twoje hobby? Prędko próbuje zmienić temat.
-Innym razem, co? Uśmiecha się łagodnie wtulając głowę w poduszkę. -Jesteś bardzo ciekawska.
-Znamy się zaledwie kilka dni, a to kolejny raz gdy jesteśmy w łóżku. Wyjaśniam szczodrość.
-I tylko leżymy w łóżku. Dodaje wyraźnie niezadowolony. -Co w tym złego?
-To, że nie wiem, co to wszystko ma znaczyć. Tłumaczę, pierwszy raz nie czuję się dziwnie gdy próbuje z nim szczerze rozmawiać.
-Więc chciałabyś, żeby to coś znaczyło? Wyraźne rozbawienie na jego twarzy wcale mi nie pomaga.
-Nie chce, jeśli ty nie chcesz. Robi mi się przykro.
-Dobrze. Kończy. Dobrze? Czy Cię coś piecze idioto!-Herbata chyba wystygła. Oh cóż za wyrafinowany sposób zakończenia rozmowy. Należy mu się za to Oskar.
-Pij, ja idę spać. Oświadczam niezadowolona odwracając się do niego plecami, przykrywam się kołdrą po same uszy i zaciskam mocno powieki, próbując nie płakać. Jest mi strasznie przykro. Możliwe, ze robię sobie nadzieje, a dla niego to jakaś nowa przygoda, jeśli przygoda w ogóle wchodzi w grę.
-O co chodzi? Szepcze gwałtownie dociskając mnie do siebie. Trzyma mnie tak blisko a jego usta pastwią się przy moim uchu. To dziwne uczucie. Wzruszam ramionami na tyle, ile mogę przez jego uścisk. -Nie mów mi nic. Nakłada nacisk na ostatnie słowo i brzmi to trochę jak groźba.
-O nic nie chodzi. Mówię, choć wyraźnie mi zabronił ponownie lekko wzruszając ramionami.
-Skąd wiec te łzy? Troska. Znowu. Przestań skakać z nastroju w nastrój przystojniaku! -Skarbie, nie jestem ślepy.
-Wydaje mi się, że jednak jesteś.
-Dlaczego?
-Skarbie? Pytam nieuprzejmie.
-Tak, to ty. Śmieje mi się do ucha po czym lekko je całuje. -Źle się czuje, ale wiem co mówię Madison.
-Wiesz o co mi chodzi.
-Wiem. Pokornieje. -Śpij po prostu. Ponownie wymiguje się od czegoś co będzie niełatwe. Typowe.
Mam dość jego dystansu do wszystkiego. A przede wszystkim dystansu do jasności. Dlaczego On tak bardzo lubi skomplikowane rzeczy? Mam dość Harry'ego i z miłą chęcią wysłałabym go daleko stad z biletem w jedna stronę. Jednak czuję się o niebo lepiej jak zasypia dosłownie ze mną. Fizycznie jest mi cieplej. Psychicznie jest niebiańsko. Co on ze mną zrobił!
-Napiszesz? Pochyla się lekko do odsuniętej szyby i patrzy na mnie z przykrością w oczach.
-Pomyślę. Trzymam między nami tą chłodną atmosferę, jaka zaistniała podczas jazdy autem. Cóż, nie jestem jego własnością, nie ma prawa mi mówić co mam robić, a ja nie mam zamiaru go grzecznie słuchać.
-Cześć. Rzuca podle i odjeżdża wyraźnie zdenerwowany. Teraz czuję się już fatalnie w każdym aspekcie tego słowa. Wchodzę rozleniwionymi ruchami do mieszkania i od progu wita mnie matka.
-Czy ty oszalałaś! Krzyczy, jakbym miała naście lat i wracała pijana.
-Mamo mam dwadzieścia pięć lat. Oświadczam niezainteresowana dalszą rozmową. -Źle się czuję, idę się położyć. Rzucam się zawiedziona na łóżko i chce uporządkować sobie wszystko co miało do tej pory miejsce.
-Opowiesz mi o Harry'm? Moja mama jak zawsze przerywa mi myślenie nad czymś. Siada na skraju łóżka a jej pytanie wywołuje na mojej twarzy uśmiech.
-Jest na prawdę bardzo miły. Uśmiecham się do niej. -Lubię go bardzo. Dodaję nieco speszona.
-Tylko lubisz? Ta kobieta jest niesamowicie przewidywalna.
-Mamo! Unoszę się zawstydzona, przez jej ton. -Możesz mi zrobić herbatę, zamiast zadawać pytania.
-Wydaje mi się, ze jesteś zadowolona z jego towarzystwa. Dokłada do pieca zdecydowanie. Wstaje i wyciąga koc z szafy rzucając go na kołdrę a za razem i mnie. -Powinnaś wybrać się do lekarza kochanie. Wywracam oczami z rozbawieniem na jej słowa, to zdecydowanie brzmi jak słowa Styles'a.
-Herbata wystarczy mamo. Wyganiam ją z pokoju.
-Masz gościa. Mam wraca z herbatą i stawia ja na stoliku nocnym. Marszczę brwi i nie mam zamiaru podnosić się z łóżka. Poniekąd spodziewałam się Harry'ego, ale nie tak szybko. Minęły zaledwie dwie godziny odkąd mnie odwiózł. Chłopak stoi w pokoju kawałek za moją matką. Patrze na niego zawiedzionym spojrzeniem. Nadal jestem na niego zła. Wygląda marnie. Jakby on tez nie czuł się najlepiej. -Tobie też zrobić herbatę? Moja mama i jej pytania, nie dała mu nawet zamienić ze mną słowa.
-Mamo proszę Cię! Upominam ją o to, aby zostawiła nas samych.
-Było by miło, pani córka trochę mnie zaraziła. Uśmiecha się znacznie spoglądając urywkowo na mnie.
-Oh. Mama jest zdecydowanie zdziwiona. -W takim razie kładźcie się szybko, zaraz przyniosę wam jakieś tabletki. Klepie chłopaka po ramieniu i wychodzi.
-Masz bardzo urocza mamę. Mówi wesoło wskazując kciukiem za ramie w stronę drzwi.
-Co tu robisz? Pytam nerwowo.
-To samo co ty. Uśmiecha się pomimo mojego ostrego tonu. Obserwuję go a on podchodzi do łóżka i zdejmuje swoją kurtkę i buty. Zostaje w ciemnym T-shirt'cie i jeansach. Śmiało odrzuca kołdrę i kładzie się pod nią obok mnie. -Zaraziłaś mnie. Śmieje się i pomimo tego, że nie wygląda najlepiej stara się być pogodnym.
-I co w związku z tym? Nadal zachowuje kamienną minę, choć jest to trudne gdy ten obejmuje mnie zarzucając swoją rękę na mój brzuch lekko łaskocząc mnie opuszkami palców. Robi to specjalnie.
-Masz śliczna piżamkę. Śmieje się podnosząc kołdrę i spoglądając na mój strój. Każde słowo jest tak przesłodzone a za razem drwiące, że mam ochotę mu przywalić. -Dlaczego masz leżeć tak sama, skoro oboje możemy to robić. Pociąga lekko nosem.
-Tam są chusteczki. Uśmiecham się arogancko pokazując na pudełko owych chusteczek stojących na szafce. -Jesteś strasznie głupi.
-Trudno. Mruczy trącając moje ucho nosem. -Masz z tym jakiś problem skarbie? Oblewam się rumieńcem i cała w środku aż topnieję. Nazwał mnie skarbem. Tego nie spodziewałam się po tym zabójczo przystojnym skurwysynie. -Wydaje mi się, że jednak nie. Śmieje się cmokając mnie w szyję, po czym wraca głową na wysokość mojego obojczyka i kładzie na nim głowę. -Ale Ci serducho wali. Mówi z przerażoną miną. -Dlaczego tak jest? Pyta przygryzając wargę. No jakbyś nie wiedział!
-Nadal jestem na Ciebie zła. Przywracam go do rzeczywistości, chłopak zdecydowanie odbiega od tematów, które są nieco bardziej problematyczne.
-Ależ wiem o tym. Uśmiecha się.
-I?
-I nic, nie mam zamiaru Ci odpuścić. Wzrusza ramionami i nasze lekko cięte tony przerywa ponownie moja mama, która gramoli się do pokoju ze herbatą i tabletkami.
-Nie masz gorączki? Jej nadopiekuńczość! Patrze na nią wzrokiem mordercy, oh to takie męczące.
-Wszystko ok, dziękuje za herbatę, ale chyba niestety będę leciał. Harry uśmiecha się uprzejmie do mojej mamy i wstaje ku mojemu zdziwieniu z łóżka. Ręka mojej dużo niższej od niego mamy ląduje na jego czole, zastanawiam się czy nie powinnam się śmiać, jednak jestem zła.
-Masz gorączkę, nigdzie nie pójdziesz, kładź się. Pogania go z powrotem w moją stronę.
-Nie, na prawdę już pójdę. Zdecydowanie próbuje się wymigać. Chyba nie zdaje sobie sprawy z daru przekonywania- zmuszania mojej mamy.
-Nie ma mowy. Karci go, a ja obserwuję całą tą sytuację i wewnętrznie cała się skręcam. -Załatwisz się jeszcze gorzej.
-Nie chce sprawiać problemu, po prostu wrócę do domu. Oh Styles, powinieneś wiedzieć, że próbujesz na marne. To jak bardzo miły jest w stosunku do mojej mamy jest bardo uroczę, a on sam jest ohydnie słodki.
-To żaden problem Harry, z resztą macie chyba do pogadania. Spogląda na mnie zza ramienia i widzę w jego oczach niepewność. Ja nie okazuję żadnych emocji.
-Dobra, ale później na prawdę będe uciekał. Ustępuje mojej zatroskanej matce.
-Co będzie później, to będzie później. Ta kobieta zdecydowanie z niego kpi wychodząc z pokoju.
-Ta kobieta jest genialna. Harry śmieje się dla rozluźnienia sytuacji.
-Jest strasznie denerwująca. Wyjaśniam moje poglądy.
-Przestań, jest wspaniałą matką. Upomina mnie. Ponownie leniwie kładzie się do łózka. Przewraca się na brzuch i patrzy na mnie. -Trochę Ci tego zazdroszczę. Mówi z przykrością.
-Czego? Marszczę brwi i spoglądam na niego zdumiona.
-Każdy chciałby mieć taka opiekę. Uśmiecha się lekko.
-Jestem chora, po prostu się martwi. Tłumaczę. -Twoja matka pewnie robi to samo. Uśmiecham się.
-Nie powiedziałbym. Smutnieje z powrotem, w jego oczach gości trochę zawiści. -Interesowały ją tylko pieniądze ojca, a mną zajmowali się wszyscy tylko nie ona. Wzrusza ramionami, a mi robi się przykro. Dlaczego wszyscy kolesie musza mieć smutne wspomnienia z dzieciństwa. Ta historia najwyraźniej lubi się powtarzać. -Hej, jest okey. Szturcha mnie widząc moją chwilową nieobecność. -Wyrosłem na ludzi. Śmieje się.
-Nie powiedziałabym tak. Marszczę nos lekko go prowokując.
-Nienawidzę jak to robisz. Upomina mnie. -Nie mam siły na nic.
-Tyle dobrze. Uśmiecham się z lekką ulgą. -Gdzie jest teraz twoja matka? Nawiązuje do poprzedniego tematu.
-Emm, ojciec się z nią rozwiódł jak miałem 19 lat. Mówi oschle. -Jakoś mnie to nie interesuje. Opowiada to, mi nie do końca chce się wierzyć w jego obojętność. -Byłem już dużym chłopcem, a ona była dla mnie jak obca kobieta. Tłumaczy dalej, zaczyna to nabierać sensu. -Nie myślę o niej za dużo. Dodaje lekko zniesmaczony.
-Przepraszam, nie chciałam żeby było Ci przykro. Uśmiecham się z pocieszeniem w głosie.
-Nie jest mi przykro, po prostu nie lubię o niej mówić. Dopowiada nerwowo.
-Czyli jest Ci przykro. Upieram się przy swoim, bo wiem że mam rację.
-Wydaje Ci się. Czy okazywanie uczuć jest dla niego takie trudne? -Zmieńmy temat, co?
-Nie denerwuj się.
-Po prostu gadam przy tobie za dużo. Uśmiecha się. -Masz strasznie zimne stopy. Śmieje się, gdy lekko moimi stopami pocieram o jego nogi. Fakt to ta część ciała, w którą marznę najbardziej.
-Od czegoś ty w końcu jesteś. Mówię dumnie, nadal ocierając stopami o jego łydkę. Ma strasznie długie nogi.
-Jak chcesz mogę Cię zagrzać całą. Uśmiecha się zawadiacko.
-Moja mama słyszy wszystko, poza tym nie masz siły na nic. Przypominam mu lekceważąco.
-Faktycznie, krzyczałabyś na tyle głośno, że usłyszeli by nas też sąsiedzi.
-Jesteś zbyt pewny siebie. Mówię z lekkim zażenowaniem.
-Kiedyś Ci to udowodnię. Wzdycha słabo uśmiechając się. -Zabieraj te zimne stopy!
-Jesteś u mnie, chyba wolno mi to robić. Wsuwam rękę pod jego t-shirt i kładę ja na plecach doskonale wiedząc, że jest równie lodowata.
-Przeginasz mała.
-Nie wydaje mi się.
-A mnie tak. -Zabieraj te grabie.
-Słucham?
-Nie mów słucham bo cię... -No właśnie, zabierasz je? Jego słową sa za razem zabawne jak i oburzające.
-Zostają, jestem chora musi być mi ciepło.
-Co będę z tego miał?
-A co byś chciał? -herbatę już masz.
-To czego bym chciał to niemożliwe, dawno mnie nie całowałaś. Uśmiecha się słabo.
-Jestem chora. Unikam zobowiązania.
-Jakbyś nie zauważyła bystrzaku, to ja też nie mam się najlepiej.
-Spadaj. Rzucam.
-Dobra. Udaje oburzonego, -Będziesz coś chciała.
-Skąd tak właściwie twoje hobby? Prędko próbuje zmienić temat.
-Innym razem, co? Uśmiecha się łagodnie wtulając głowę w poduszkę. -Jesteś bardzo ciekawska.
-Znamy się zaledwie kilka dni, a to kolejny raz gdy jesteśmy w łóżku. Wyjaśniam szczodrość.
-I tylko leżymy w łóżku. Dodaje wyraźnie niezadowolony. -Co w tym złego?
-To, że nie wiem, co to wszystko ma znaczyć. Tłumaczę, pierwszy raz nie czuję się dziwnie gdy próbuje z nim szczerze rozmawiać.
-Więc chciałabyś, żeby to coś znaczyło? Wyraźne rozbawienie na jego twarzy wcale mi nie pomaga.
-Nie chce, jeśli ty nie chcesz. Robi mi się przykro.
-Dobrze. Kończy. Dobrze? Czy Cię coś piecze idioto!-Herbata chyba wystygła. Oh cóż za wyrafinowany sposób zakończenia rozmowy. Należy mu się za to Oskar.
-Pij, ja idę spać. Oświadczam niezadowolona odwracając się do niego plecami, przykrywam się kołdrą po same uszy i zaciskam mocno powieki, próbując nie płakać. Jest mi strasznie przykro. Możliwe, ze robię sobie nadzieje, a dla niego to jakaś nowa przygoda, jeśli przygoda w ogóle wchodzi w grę.
-O co chodzi? Szepcze gwałtownie dociskając mnie do siebie. Trzyma mnie tak blisko a jego usta pastwią się przy moim uchu. To dziwne uczucie. Wzruszam ramionami na tyle, ile mogę przez jego uścisk. -Nie mów mi nic. Nakłada nacisk na ostatnie słowo i brzmi to trochę jak groźba.
-O nic nie chodzi. Mówię, choć wyraźnie mi zabronił ponownie lekko wzruszając ramionami.
-Skąd wiec te łzy? Troska. Znowu. Przestań skakać z nastroju w nastrój przystojniaku! -Skarbie, nie jestem ślepy.
-Wydaje mi się, że jednak jesteś.
-Dlaczego?
-Skarbie? Pytam nieuprzejmie.
-Tak, to ty. Śmieje mi się do ucha po czym lekko je całuje. -Źle się czuje, ale wiem co mówię Madison.
-Wiesz o co mi chodzi.
-Wiem. Pokornieje. -Śpij po prostu. Ponownie wymiguje się od czegoś co będzie niełatwe. Typowe.
Mam dość jego dystansu do wszystkiego. A przede wszystkim dystansu do jasności. Dlaczego On tak bardzo lubi skomplikowane rzeczy? Mam dość Harry'ego i z miłą chęcią wysłałabym go daleko stad z biletem w jedna stronę. Jednak czuję się o niebo lepiej jak zasypia dosłownie ze mną. Fizycznie jest mi cieplej. Psychicznie jest niebiańsko. Co on ze mną zrobił!